Adam Przechrzta, Gambit Wielopolskiego
Narodowe Centrum Kultury 2013
Polak – terrorysta – wierny oficer – agent – kochanek – car rosyjski to droga, jak przebywa bohater najnowszej powieści Przechrzty. W tym samym czasie spełnia się ciche marzenie narodowe – dzięki sprytowi Czachowskiego Polacy podbijają Imperium Rosyjskie.  
Autor podąża tutaj tropem kontrfaktyczności, czyli buduje całkowicie alternatywną wizję dziejów Polski, wykonuje podobny manewr do tego, jaki przeprowadził Jacek Dukaj w Lodzie. Akcja rozgrywa się w XXII wieku, nie było powstania styczniowego, nie było też I i II wojny, Polska nie istnieje, a Polacy stanowią jedną z mniejszości narodowych Rosji. Druga część diaspory zamieszkuje Euroland.
 
System polityczny i społeczny, jaki kreuje Przechrzta, opiera się na informacjach dostarczanych przez Rosyjskie Centrum Symulacji Rzeczywistości. Posiada ono urządzenia, które za pomocą matematycznych obliczeń ustalają przebieg historii, tzn. prognozują zarówno przyszłość tego, co się stanie w rozgrywającej się rzeczywistości, jak i w jej nigdy nie zrealizowanych, potencjalnych wariantach. W tej skrupulatnie przewidywanej, ściśle pilnowanej rzeczywistości biegi wypadków mogą zmieniać się tylko dlatego (bo nie ma tu miejsca na ślepy los, jakiś przypadek), że ujawniają się jokerzy – ludzie zdolni do wpływania na historię. Imperium kontroluje jokeróww sposób absolutny, pozwala im na zdobywanie wiedzy i prześledzenie alternatywnych historii, by zyskać im przychylność i chęć do współpracy.
 
Takiej kooperacji podejmuje się właśnie Czachowski, który jako młodzieniec stworzył organizację terrorystyczną i przeprowadził kilka zamachów na urzędników rosyjskich. Dopuszczony do zasobów Centrum, odkrył, jak wyglądałby świat i Polska w ramach „rzeczywistości styczniowej”:
 
Światowe wojny, masakry cywili, miliony ofiar… I mała − jakże mała! – Polska. Mała terytorium, mała głupotą swoich przywódców, mała gospodarczo. Dlatego wstąpiłem do gwardii, dlatego popieram cara. Bo wersje przyszłości, w których Romanowowie tracą władzę, są dużo gorsze dla ludności imperium, także dla nas, Polaków.
 
Ten podział na różne warianty dziejów stanowi jednak tylko tło powieści, opowiadającej sensacyjną, wciągającą historię. Jakieś tajemnicze siły przeprowadzają zamach na cara, w kraju w czasie bezkrólewia panuje chaos, narastają nastroje antypolskie, dochodzi do tumultów i ulicznych bitew. Czachowski najpierw bierze udział w rajdzie na granicę chińską, by odbić jeńców, zostaje zamknięty w więzieniu, potem ratuje Wielkiego Księcia i chroni jedyną carską córkę. Przechrzta – jak to już wcześniej udowodnił – potrafi doskonale opowiadać, ma też dar do tworzenia intrygi z zaskakującymi zwrotami akcji.   
 
Jego bohaterowie to właściwie pół ludzie, pół cyborgi – wszyscy żołnierze mają wszczepione implanty, ułatwiające im udział w walce, czyniące praktycznie niepokonanymi. Posługują się też niesamowitymi rodzajami broni, cała konstrukcja świata przedstawionego pozwala przypisać powieść do steam punku.
 
Mój dylemat w związku z tym tekstem ma jednak podłoże historyczno-gatunkowe. Przechrzta tworzy bowiem super bohatera, jego Czachowski to hero pełną gębą, doskonale walczy, jest silny i sprytny, otacza go też aura nieszczęśliwego kochanka – wszystko według najlepszych wzorców powieści popularnej. To jest też najmocniejsza strona tej powieści. Kłopot polega jednak na tym, że Przechrzta próbuje tu opowiadać w rozrywkowej formie o zdarzeniach z przeszłości narodowej, tworzyć jakiś rodzaj swojej diagnozy, badać naszą historię. We wszystkich opracowaniach historycznych podaje się zaś, że jedną z głównych przyczyn kolejnych klęsk w XIX wieku był brak u władzy jednostki charyzmatycznej, która mogłaby pociągnąć tłumy, zdobyć autorytet społeczny (o ten kompleks właśnie chodzi, gdy mowa o tym, że Traugutt pojawił się zbyt późno) i podporządkować sobie różne stronnictwa. I Przechrzta tworzy właśnie taką postać, która nie należy do żadnej grupy, ale ma wiedzę o przeszłości, dokładnie przemyślaną wizję historii, kto zaczytał na amen Konrada Wallenroda. W ten sposób łączą się dwa porządki – powieści popularnej i refleksji historiozoficznej, a one są nieprzyległe (przynajmniej w tym wydaniu, jaki pojawia się w Gambicie Wielopolskiego) i wywołują skrajną irytację. To jednak jest kłopot, który nadbudowuje się wysoko ponad porządkiem świata powieściowego i intrygi. Te zaś są tak dobre, że wybaczam autorowi, gdy  nudzi, wprowadzając do powieści w podręcznikowy sposób wtręty o 1863.
Sięgnęłam po tę książkę ze względów naukowych (doktorat o powstaniu styczniowym w literaturze), ale pochłonęłam ją już z przyjemnością, która niewiele miała wspólnego z uniesieniami akademickimi. 

Comments

Komentarzy