„Wybacz mi i zapomnij. Opuszczam Cię na zawsze, nie szukaj mnie. Ze smutku i zgryzoty stałam się czarownicą. Czas na mnie. Żegnaj. Małgorzata” – pisze do swego męża, nudnego inżyniera Małgorzata, opuszczając go, by szukać Mistrza i iść na bal do Wolanda (w przekładzie Przebidnów, Znak 2016).

Małgorzata zostaje wiedźmą, bo tylko tak – za pomocą przymierza z ciemnymi mocami – może uratować Mistrza z pęt sowieckiego systemu. Wciera więc magiczny krem, młodnieje, odlatuje z zamożnego domu, w którym dusi się z nudy i strachu.

Ten cytat z Bułhakowa dałam bardziej na poprawę humoru, bo sposób, w jaki czarownice funkcjonują w literaturze popularnej i kulturze masowej dzisiaj, można nazwać kuriozalnym. Mit ten kompletnie oderwał się od swoich podstaw historycznych i antropologicznych korzeni, a twórcy posługujący się figurą czarownicy we współczesnych opowieściach kompletnie zapomnieli nie tylko o krzywdzie i niezawinionym cierpieniu, ale także o ładunku subwersywnym, jaki ona ze sobą niesie. I nie wykorzystują ich, choć takie elementy zawsze dobrze literaturze robią.

Nie domagam się, by odrzucić teraz literaturę popularną, nie potępiam naiwnych opowieści typu „Czarownice z Wolfensteinu” Julii Bernard. Nie o tym jest ten tekst. Chodzi mi raczej o przypomnienie, że czasem bliższe nawiązanie do prawdy historycznej przynosi lepsze owoce. I dlatego w miejsce tekstów kultury, które bardzo luźno traktują postać czarownicy, zestawiając ją z wampirem, zombie i innymi postaciami z ludowej fantastyki, zapominając za to, że to jest jedna z kolebek kobiecej opowieści, chciałabym przywołać dwa tytuły, które po pierwsze pełnymi garściami czerpią z historii, po drugie – uwspółcześniają mit, wypełniając powieści nowoczesnymi treściami. No i są to też tzw. „page turnery”: „Woda na sicie” Anny Brzezińskiej i „Kobiety z Vardø” (przeł. Jędrzej Polak) Kiran Millwood Hargrave (autorki młodzieżowej, dla której „Kobiety…” są pierwszą powieścią „dorosłą”).

Brzezińska to jest niby literatura rozrywkowa, ale autorka utrudnia swoim odbiorcom lekturę, wybierają jako formę opowieści monolog głównej bohaterki, która przed Inkwizycją ma złożyć zeznania, bo oskarżona jest nie tylko o czary, ale i o morderstwo. La Vecchia opowiada zatem całe swoje życie, ale przede wszystkim oskarża wspólnotę, społecznie przyjęty system wartości, hipokryzję i łatwość wyszukiwania ofiar, na których skupia się powszechna nienawiść. Urodzona jako bękart, od dzieciństwa skazana jest na wyobcowanie i pogardę, nie ma szans właściwie wejść w „normalną” strukturę. W tym sensie Brzezińska, posługując się konwencją powieści popularnej, wymyślając fabułę fantastyczną (bo chodzi też o kamień stworzony ze smoczej krwi), wiernie posługuje się mitem czarownicy, bo staje się ona właśnie pretekstem do opowieści o nadużyciach, kłamstwach, mrocznych interesach i populistycznym wykorzystywaniu ideologii. Bierze tutaj na warsztat nie tylko Inkwizycję i stosy, ale i – za ich pomocą – wychodzi poza powieść historyczną ku wątkom całkowicie współczesnym, jak na przykład mechanizm wybierania kozła ofiarnego i jednoczenia się wspólnoty w przemocy, jaką się wobec niego stosuje, a przede wszystkim łatwości, z jaką można sprawować władzę, jeśli tylko umiejętnie steruje się nienawiścią i lękiem. I w tym sensie prawie 400 stron „Wody na sicie” to jest powieść ze wszech miar aktualna, zaangażowana, zmierzająca w stronę paraboli. Lubię takie powieści, bo z jednej strony zapewniają rozrywkę, ale z drugiej twórczo wykorzystują najciekawsze elementy przeszłości, wybierając wątki atrakcyjne, odwalają za czytelnika kawał pracy archiwistyczno-historycznej.

Brzezińska wierna jest też społecznej historii czarownic w tym sensie, że na swą bohaterkę wymiera kobietę starą, wyrzuconą poza nawias, a więc dokładnie taką, jaka statystycznie padała najczęściej ofiarą oskarżeń o czary. Na ciałach kobiet nisko urodzonych, o słabej pozycji społecznej, często samotnych przeprowadzano bowiem najczęściej operację umacniania władzy męskiej, zdobywania tych gałęzi medycyny, do których mężczyźni nie mieli dostępu.

Inny aspekt z historii procesów wybiera Hargrave – u niej też wcale nie chodzi ani o czary, ani o proces. Chodzi o podporządkowanie słabo funkcjonujących w obrębie państwa grup etnicznych. Akcja „Kobiet z Vardø” oparta jest na faktach, dotyczy nagonki, którą na obywateli swego własnego państwa przeprowadził król Christian IV na początku XVII wieku. Vardø znajduje się na dalekiej północy Norwegii, zamieszkiwane przez Norwegów i Saamów. To uboga osada rybacka. Większość mężczyzn z tej osady ginie w ciągu jednej wyprawy, w czasie dziwnego i niezwykle intensywnego sztormu. Taka tragedia – śmierć wszystkich żywicieli rodzin – domaga się wyjaśnienia i dość szybko ono się pojawia, jest też nadzwyczaj poręczne: to nie los, a działanie czarownic, magia po prostu. Do osady przybywa wysłannik króla Chrystiana IV, komisarz Absalom Cornet, Szkot, wyjątkowo okrutny były wojskowy, specjalizujący się w polowaniach na czarownice, ich przesłuchiwaniu i egzekucjach. Jego młoda żona, padająca na co dzień ofiarą sadystycznych zapędów miłosnych, zaprzyjaźnia się i w końcu zakochuje w jednej z tubylczych dziewcząt, której matka także zarzuca udział w czarach. Nie chcę opowiadać więcej, bo „Kobiety z Vardø” to powieść rozgrywkowa, dla której przebieg akcji, wszystkie dramatyczne zwroty, mają wielkie znaczenie. Ale to jest mądra powieść, która pozwala pokazać szereg problemów, zahaczająca nie tylko o szokujące wydarzenia na Północy.

Hargrave skupia się na wątku śledztwa i jednocześnie tak splata swą historię, że w śledztwie odbijają się wszystkie lęki, niepokoje i nadużycia wspólnoty. Króla średnio obchodzą czarownice, choć jego komisarz studiował skrupulatnie „Daemonologie” króla szkockiego Jakuba VI i potrafi stosować zręcznie wszystkie opisane w tekście chwyty inkwizycyjne. Chrystianowi IV zależy na zniszczeniu wspólnoty Saamów, ludu uprawiającego kulty pierwotne, szamańskie i niespecjalnie zsocjalizowanego z Norwegami. Sam Cornet to sadysta seksualny, próbujący zdominować każdą kobietę, darzący szczególną niechęcią Maren – głównie z powodu przyjaźni między jego żoną a miejscową dziewczyną. Cornet czuje, że żona mu się wymyka, jest zazdrosny, szuka tylko pretekstu do aresztowania Maren. Jeśli chodzenie na wzgórze po wrzosy jest tutaj przedstawiane jako okazja do zbratania się z diabłem, to tym bardziej na ogień zasługuje lesbijski związek dwóch kobiet.

A w tych czasach i w tym miejscu aresztowanie to droga prosto na stos. Hargrave unika prostych opozycji, nie ma tutaj dwóch obozów: dzielnych kobiet i zdegenerowanych mężczyzn. Kobiety wadzą się między sobą – wszystkie pragną bowiem jakiegoś wyjaśnienia tej bezsensownej śmierci swoich mężów, ojców i braci. Cześć z nich praktycznie zakochuje się w Cornecie – wysoko postawionym, bogatym, męskim, władczym. Proszą go, by stał się opiekunem duchowym ich zboru, by wspierał ich rozwój duchowy, rzucają oskarżenia na inne mieszkanki Vardø. Nie podejrzewają, że Ursie należy się współczucie, a nie zazdrość z powodu takiego męża, bo dziewczyna dość dobrze ukrywa ślady, jakie mąż pozostawia na jej ciele. Hargrave świetnie posługuje się podobieństwami, buduje ciągi odbić: siniaki na ciele Ursy odpowiadają sińcom, jakie mają na ciele „czarownice” po przesłuchaniach, zamożna mieszczka żyje w domu przypominającym więzienie, one same trafiają do niego po kolei.

Hargrave udaje się zachować pierwotne tematy, jakie wiążą się z figurą czarownicy: męski lęk przed kobietą i jej ciałem, stos jako próbę pokonania kobiecej niezależności, tortury stosowane wobec kobiet o niskiej pozycji społecznej, bo tylko takie słabe ofiary gwarantowały utrzymanie społeczeństwa w strachu i podległości, umożliwiały też szybkie śledztwo i „efekty”. „Kobiety z Vardø” nie są anachroniczne, to znaczy autorka starała się utrzymać ich perspektywę myślenia, nie nadawać im świadomości kobiet z XXI wieku. Jednocześnie jednak pojawia się tutaj szereg tematów współczesnych: nad konfliktem etnicznym i religijnym nadbudowuje się opowieść o lęku wobec dzikości (próba spalenia wszystkich Saamów jako czcicieli demonów, przekonanie, że to wieloryb pod wpływem magii sprowadził burzę), wątek uczucia homoseksualnego, przemocy na tle seksualnej, która szuka sobie sankcji, wreszcie zależności człowieka od natury i prób jej całkowitego zdominowania.

A jeśli ktoś chce poczytać o czarownicach, ich micie, sposobach i funkcjach kreowania takich figur, które doprowadziły do społecznego terroru i pochłonęły wiele ofiar – to najlepiej przeczytać „Czarownice” Mony Chollet (Karakter 2019, przeł. Sławomir Królak)

Przypominam też, że są jeszcze dwie świetne powieści na temat kobiet na dalekiej Północy, które poddają się w żaden sposób systemowi, zahaczają o „czarostwo” – obie napisała Katja Kettu, jedna z moich ulubionych autorek literatury rozrywkowej (taka rozrywka, że się płacze i siwieje od 5 do ostatniej strony, ale czysta przyjemność), wydał je Świat Książki: „Ćma/Motyl nocy” (funkcjonuje pod dwoma tytułami) oraz „Akuszerka”. Obie tłumaczyła z fińskiego niezastąpiona Bożena Kojro.  

Z Moną Chollet robiłam wywiad, a o Kettu pisałam tutaj.

Comments

Komentarzy