Metryczka:

  1. Od ilu lat tłumaczę?

Książki tłumaczę od pięciu lat, ale jakieś pierwsze próby – mniej i bardziej udane – podejmowałem pod koniec liceum.

2. Czy to moja główna praca i źródło dochodu?

W tej chwili nie, choć przez trzy lata tak było.

Kwestionariusz:

  • Swoją pierwszą książkę przełożyłem…

szybko, bo było niewiele czasu, co w tym zawodzie nierzadkie. I była to jedna z dwóch książek, które poleciłem wydawcom. Piłka nożna, więc raczej nic ciekawego (choć we w miarę ciekawym kontekście, bo opowiadała o związkach świata futbolu ze zorganizowaną przestępczością). Ale tłumaczem poczułem się dobrych kilka książek później przy Louisie de Bernieresie. To było chyba pierwsze poważne wyzwanie, książka, która raczej przeszła bez echa, ale wymagała dużo pracy, ponieważ pojawia się w niej wiele różnych języków i slangów: od Irlandki z klasy pracującej, przez oficera RAF-u, po zubożałą arystokrację. A do tego przetłumaczyłem w niej bodaj dwa wiersze i kilka poetyckich fragmentów.

  • Jak pracuję? W jakim rytmie?

Kiedy wyłącznie tłumaczyłem, to zwykle od rana do nocy, z przerwami na jakieś życie. Obecnie tłumaczę niewiele, głównie teksty prasowe, takie po 10-20 stron, więc albo poświęcam na nie wolne weekendy, albo robię to wieczorami. W pracy zwykle tego nie robię, bo nawet gdy mam czas, to trudno mi się dostatecznie skupić. Lubię pracować w ciszy i samotności.

  • Autor, którego się boję…

Może jestem przygłupi, ale raczej nie ma takich autorów. Są natomiast książki, których bym nie przełożył, bo brakuje dla nich języka w polszczyźnie i niekoniecznie da się stworzyć coś odpowiedniego albo ja nie byłbym w stanie tego zrobić (lub potrzebowałbym kilku czy kilkunastu dobrych miesięcy). Nie przełożyłem na przykład Atticusa Lisha, choć byłem już umówiony z wydawnictwem. W tamtym momencie nie byłem jednak gotowy na tak wielogłosową powieść. Dzisiaj pewnie bym spróbował (nie czytałem polskiego przekładu, więc nie mogę ocenić, jak wyszedł), tym bardziej że to w jakiś sposób bliski mi temat.

  • Pozycja tłumacza w Polsce jest….

Lepsza niż była, ale wciąż taka sobie, zwłaszcza finansowo, choć nie jest to najgorszy z frilanserskich zawodów, które uprawiałem. Chyba najbardziej mnie w tej chwili irytuje to, że nie ma praktycznie żadnej różnicy między przekładem gniota a czegoś z górnej półki, bo umówmy się, że 100 złotych na arkuszu to są żadne pieniądze. Kiedyś trafny esej na ten temat napisał Tim Parks (polecam tego zawodnika, tak przy okazji, jeden z lepszych eseistów współczesnych). Innymi słowy: niezależnie od tego, czy przekłada się coś z palca, czy ślęczy się nad każdym zdaniem, zarabia się prawie tak samo.

Cieszy natomiast, że tłumacze trafiają na okładki, że robi się z nimi wywiady, bardziej dostrzega. Ogromna w tym zasługa Dwutygodnika. Mam wrażenie, że gdyby nie Dwutygodnik, byłoby tak samo jak dekadę temu, czyli tłumacz pojawiałby się gdzieś przypadkiem, bo coś koncertowo spieprzył. A jak książka fajna, to dobrze napisana, znakomity autor.

  • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

To chyba najtrudniejsze pytanie w całym zestawie. Są takie książki, które wymagają wymyślenia języka, i one niewątpliwie uruchamiają nowe możliwości polszczyzny. Ale zwykle na potrzeby przekładu adaptuje się raczej istniejące języki. Najważniejsze wydaje mi się to, żeby różne języki się pojawiały, a nie żeby wszyscy mówili jak z poradnika poprawności. Polszczyzna się zmienia, jest dziś bardzo potoczna, mocno zinternetyzowana. Trzeba to wykorzystywać, jeśli się da, żeby bronić się przed sztucznością i żebyśmy nie obcowali z książkami, w których mówi się tak, „jak nikt nie mówi” (chyba że oryginał jest napisany w ten sposób – wtedy mamy skromne pole do popisu).

  • Jak to jest być tłumaczem z angielskiego w Polsce?

Raczej lepiej niż gorzej. Najwięcej przekładów ukazuje się u nas z angielskiego, co sprawia, że raczej nie brakuje pracy. Inna rzecz, że uważa się, że angielski jest prosty i każdy może tłumaczyć (tego ostatniego jestem zresztą przykładem). Otóż, angielski jest bardzo średnio prosty, pełen pułapek, a do tego dynamicznie się rozwija. No i oczywiście stawki z angielskiego są najniższe (bo to, jak wspomniałem, prosty język, który wszyscy znają), nierzadko skandaliczne. Dlatego chciałbym, żeby upadła Bellona, którą chyba wypada w tym miejscu szczególnie wyróżnić, bo płaci tak, że podobno nawet tłumacz Google’a odmawia współpracy. No ale oczywiście najłatwiej przyciąć na tłumaczu i redaktorze, to są tak ŚMIESZNE pieniądze (zwłaszcza stawki redaktorskie), że szczerze gratuluję wydawcom oszczędzającym te groszaki.

  • Tłumaczowi nie wolno…

Jeżeli oryginału nie ma, to wszystko wolno. Ale skoro już ten oryginał jest, to pewne rzeczy trzeba. Myślę jednak, że tłumaczowi nie wolno bajdurzyć i zanadto odpływać. Ale jak najbardziej wolno tłumaczowi pisać lepiej niż autorowi, czyli wolno prostować zdania, tłumaczyć je tak, żeby miały sens, gdy z oryginału można się go tylko domyślić. Można się oczywiście ze mną nie zgadzać i stwierdzić, że to przesadna samowola, ale proszę mi wierzyć, niektórych książek nie chcielibyście czytać w tej postaci, w jakiej zostały napisane.

  • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

Jako taka. Napisałem o tym trochę niedawno w eseju dla „Pisma”. To w ogóle jest taki temat, który zawsze wraca, choć często sprowadza go się do słynnej i głupiej maksymy o pięknie i wierności. Uważam, że przekład nie ma być piękny, ma być trafiony. Tłumacz powinien trafić w język autora i oddać go jak najlepiej w swoim języku ojczystym. To chyba tyle. Oczywiście jest jeszcze cała ta dyskusja, czy tłumacz to autor/artysta itd. I znów powiem: jako tako. Tłumacz to tłumacz, ktoś, kto przekłada, a to znaczy pisze w wyznaczonych przez oryginał granicach. Jak pisze dobrze, to dobrze, jak jako tako, to tako jako. Zawsze jest w tym jakaś doza kreacji, ale – jak wspomniałem – w określonych granicach, dlatego przekład może być wybitny, ale nie jest autonomicznym dziełem.

  • W przekładach innych szukam…

przede wszystkim języka, który mnie zaciekawi. Oryginalnej frazy, czegoś, co mnie zaskoczy, słów, których rzadko używam, albo takich, które nie przyszłyby mi do głowy. Wielorejestrowości, jeśli tylko tekst tego wymaga i na to pozwala. Ale cenię też tłumaczy, którzy umieją pisać piękną polszczyzną, taką z Sevres pod Krakowem. Uważam, że świetnych tłumaczy z angielskiego mamy dzisiaj co najmniej kilkanaścioro. Złote czasy, poważnie.

  • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

Dzisiaj chyba najbardziej nie lubię źle napisanych książek, a takich ukazuje się po angielsku mnóstwo. Nie lubię zdań, które trzeba prostować, żeby miały jakikolwiek sens. Nie lubię, gdy autor przyczepi się do jakiegoś słowa i powtarza je raz po raz. Nie lubię wszystkich westchnień, kręceń głowami, wzruszeń ramionami. Chyba coraz więcej rzeczy mi przeszkadza w samym tekście oryginału.

Krzysztof Cieślik – tłumacz, redaktor, krytyk. Współpracuje z dwutygodnik.com i „Pismem”, zatrudniony w Instytucie Książki. W 2019 roku przełożył: Wyspę niebieskich lisów Stephena R. Bowna (z Łukaszem Konatowiczem), Borrusia Dortmund. Siłę żółtej ściany Ullie Hessego (z Grzegorzem Krzymianowskim).

Następny kwestionariusz – Magdalena Kamińska-Maurugeon

Cykl powstaje pod patronatem Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

Comments

Komentarzy