Metryczka:

  1. Od ilu lat tłumaczę?

Będzie ze trzydzieści plus

2. Czy to moja główna praca i źródło dochodu?

Tłumaczenie nie jest źródłem mojego dochodu, o czym, gdybym przez nieuwagę zapomniał, skutecznie przypominają mi zleceniodawcy 

Kwestionariusz:

  1. Swoją pierwszą książkę przełożyłem…

Wymienianie dat i tytułów pewnie nikogo poza moim nieistniejącym biografem nie zaciekawi, odpowiem więc ogólnie. Z mojej perspektywy, praca tłumacza tak jak nie ma końca, tak nie ma początku. Do przekładu wchodzi się bowiem jak do rzeki, zanurzając w nim stopniowo i powoli. Moja rzeka płynęła szerokim nurtem. Pierwsze przekłady chciałbym uznać za niezobowiązujące wprawki czeladnika. Z tej rozbiegówki nic nie zostało. Przekładałem rzeczy, które trafiały do szuflady, nadal w niej są i tam pozostaną. Przyszedł też czas, że zacząłem dostawać propozycje od wydawców, ale najpierw byli to tacy gebethnerowie, którzy prowadzili drobne, jednoosobowe i efemeryczne oficyny, wydające książki w mikroskopijnych nakładach. Potem pojawiły się zamówienia od większych wydawców, którzy zaliczki płacili, przekład dostawali, a mimo to, choć ja już opijałem sukces, z różnych względów książki nie wydawali. Pachnie to perwersją, ale bardzo lubię niektóre z tych moich niewydanych wówczas książek, od wielkiej księgi piwa po Paryż dla początkujących, choć żadna z nich nie ma już szans na przywrócenie jej do życia: skutecznie się zdezaktualizowały. Od niewydanych przekładów muszę odróżnić swoje przekłady, które wprawdzie mi wydano, ale zapomniano o podaniu nazwiska tłumacza i kursują teraz po świecie jako tłumaczenia anonimowe. Tak, miałem też takie, skutecznie sprowadzające mnie na ziemię przygody. W końcu przyszły przekłady, które trafiały na półki w księgarniach. Zobaczyć przełożoną przez siebie książkę w sprzedaży, obok bestsellerów Alistaira MacLeana czy Williama Whartona, było rozkoszą niemal orgiastyczną. Pierwszą moją książką, którą wypatrzyłem w księgarni (i natychmiast kupiłem, bo wydawca nie spieszył się z wysyłką egzemplarzy autorskich), był thriller polityczny – Janajew szykował wtedy pucz, a ja miałem 33 lata. Były wreszcie książki, które tłumaczyłem, bo sam chciałem je tłumaczyć. Zaczęło się od zbioru wierszy wydanego w pięćdziesięciu egzemplarzach. Nie mam więc „pierwszej książki”, bo nie wiem, co to konkretnie znaczy. W pewnym (ważnym) sensie każda z przełożonych przeze mnie książek jest pierwsza.

2. Jak pracuję? W jakim rytmie?

Largo, lento, andante. To moje tempa, z wyróżnieniem tego pierwszego. Tłumaczenie to synonim cierpliwości. Najlepsi tłumacze to ambasadorzy tej cnoty – pomyśl tylko: siedzieć przez kilka godzin dziennie nad cudzym tekstem, brnąć przez niego zdanie po zdaniu, choć niektóre z nich mogą po prostu nudzić, a człowiek chciałby już przejść do kolejnej sceny czy kolejnego rozdziału, gdzie coś się wreszcie zaczyna dziać. Pracować w pocie czoła, przyrastać do krzesła i widzieć, że tłumaczonej książki, po prawej stronie, nie ubywa, a jej kartki przewracają się w tempie wskazówek zegara. Ja tej cierpliwości nie mam. Strona, dwie dziennie, i chwatit. Przy trzeciej zaczynam wyć, wstaję i idę w świat. Ale moje largo wynika także z czego innego niż brak cierpliwości – choć tłumaczę w nocy, lubię, a może muszę, z tłumaczonym tekstem za dnia pospacerować. Ze sobą go poobnosić, poobracać nim na języku, by się pomysły powykluwały. W przekładzie złota reguła beatników „pierwsza myśl najlepsza” nie zdaje egzaminu. Myśl tłumacza jest niespieszna, często przychodzi poniewczasie. Ale kiedy już przyjdzie, kiedy podczas spaceru wykluje się to piękne, błyskotliwe rozwiązanie, to radość, która mu towarzyszy, jest nie do wytłumaczenia.

3. Autor, którego się boję…

Boję się autorów, którzy chcą nadzorować przekłady swoich utworów. Chwała im za to, że dzieło stworzyli, ale kiedy zostało napisane i opublikowane, już do autora nie należy. Zdumiewa mnie, jak ci genialni nierzadko twórcy padają ofiarą własnej hybris: kiedy wydaje im się, że wiedzą lepiej, jak napisany przez nich tekst powinien brzmieć w innym języku, którego najczęściej nie znają. Działają trochę jak Beckett i jego spadkobiercy, nadzorujący każdą inscenizację, pilnujący, by nie odbiegała o krok od detalicznych didaskaliów, prawdziwych wędzideł dla reżyserskiej inwencji – najkrótsza droga do dającego się już zaobserwować więdnięcia teatralnej żywotności, jaką kiedyś miały dramaty irlandzkiego mistrza. 

4. Pozycja tłumacza w Polsce jest…

Z roku na rok coraz widoczniejsza. Dzięki działalności samego środowiska. Rozpoznawalność i docenianie tłumaczy nie idą jednak w parze z ich – z naszą – silną, a przynajmniej adekwatną pozycją na rynku. Czekam na takie czasy, i na taką Polskę, w których tłumacze literatury będą współtworzyć plany wydawnicze, dostając do tłumaczenia tylko te książki, które sprawiają im radość, a za swoją pracę – nie mniejsze wynagrodzenie niż tłumacze w unijnych instytucjach w Brukseli. Nie będzie dobrze, dopóki tłumaczenie literatury liczy się mniej niż tłumaczenie dla polityków.

5. Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

Do takiego, że jeśli ich nie uruchamia, nie warto się nim zajmować. Nowe możliwości polszczyzny są racją bytu przekładu literackiego, bo to przede wszystkim nowe możliwości w literaturze naszego języka. Pamiętając o tym, a nie sięgając za daleko wstecz, wystarczy przypomnieć, jak po „odwilży”, kiedy zaczęły pojawiać się liczne znakomite przekłady prozy amerykańskiej, ożywiła się proza polska (na przykład Hemingway i Hłasko, później Faulkner i Odojewski). Proces też zresztą trwa nieprzerwanie. Szekspir, Proust czy Virginia Woolf odświeżają właśnie polszczyznę dwudziestego pierwszego wieku, aktywizując nieznane lub uśpione jej obszary.

6. Jak to jest być tłumaczem z języka angielskiego w Polsce?

Tłumaczyć z języka angielskiego to zajmować uprzywilejowaną pozycję. Sytuacja tłumacza z języka angielskiego jest nieporównywalna z sytuacją tłumacza z „mniejszego” języka, a w zasadzie z każdego innego niż angielski. Według najnowszych badań 60% przekładów opublikowanych w Polsce to tłumaczenia z angielskiego, potem długo, długo nic, i mamy 8% przekładów z niemieckiego i 8% z francuskiego. Żeby było śmiesznej, i straszniej, przekłady z hiszpańskiego to u nas 2%, tak samo jak z rosyjskiego. Krew się gotuje.

Wynikają z tego stanu rzeczy różne konsekwencje, tu wspomnę o jednej. Tłumacz z języka angielskiego zmierzyć się musi z gorzką prawdą: polski rynek wydawniczy zarzucany jest literaturą angielskojęzyczną, której zdecydowana większość nie ma żadnej – literackiej, językowej, czy rozrywkowej – wartości poza wartością rynkową. Tłumacz z angielskiego przykłada się do tej nadobecności, która ma wszelkie cechy postkolonialnej zależności, świadcząc nie tyle o sile tej literatury, ile o sile angloamerykańskiego rynku. Jako tłumacze z angielskiego, chcąc nie chcąc, odpowiadamy za utrzymywanie się tej hegemonii – jesteśmy jej mimowolnymi najemnikami. Choć za literaturę anglojęzyczną dałbym się pokroić, mnie to szczerze przeraża, zwłaszcza, gdy fachowa, niezależna krytyka literacka albo całkowicie zanikła, albo zamieniła się w promocyjną usługę świadczoną wydawcom. Nie wiem, czy proces ten można powstrzymać i czy moglibyśmy coś innego w tym celu zrobić, jak tylko krzyczeć na lewo i prawo: Uwaga, wyrób literaturopodobny! Wydawniczy humbug! Podróbka! Taśmowa produkcja!

7. Tłumaczowi nie wolno…

…zapominać, że najważniejszy obowiązek ma wobec języka, na który przekłada.

8. Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

Każdy tłumacz taką rolę sam sobie definiuje, najczęściej każdorazowo, w konkretnej praktyce translatorskiej. Powiem jednak z pełnym przekonaniem, że z przekładanym tekstem można w imię artystycznych racji zrobić wszystko. Można pozostać blisko niego, oddać mu się, być mu całkowicie posłusznym, ale można go też zaprosić do tańca, przebrać go, szturchnąć, a nawet się z nim pospierać. Żadne dzieło nie jest, na szczęście, sancta sanctorum, przed którym tylko na kolanach – to wiemy co najmniej od Duchampa i jego wąsatej Giocondy, choć i Shakespeare, genialny przywłaściciel, miałby tu coś do powiedzenia. Nie mielibyśmy Hamleta, gdyby nie przejął, i nie napisał po swojemu, dramatu Thomasa Kyda. Żadne dzieło nie zasługuje na to, by je zamknąć w muzealnej gablocie. Siłą utworu literackiego jest jego umiejętność inicjowania nowych tekstów – w tym tekstów w innych językach. Jeśli, w co mocno wierzę, kultura jest sferą dialogu, to tłumacz może z tekstem rozmawiać na wiele sposobów. Jak Alice Oswald, która z Iliady wycięła siedem ósmych tekstu, pozostawiając jedynie porównania i sceny śmierci. Jak Irena Tuwim, która w zgodzie z polską tradycją literacką nasyciła zdrobnieniami Kubusia Puchatka, usuwając przy tym przykłady typowo angielskiego purnonsensu. Jak Rymkiewicz, który napisał na nowo Życie jest snem Calderona. Jak Boy, który dla Villona wymyślił staropolszczyznę.

9. W przekładach innych szukam…

… realizacji punktu 5 tej ankiety, czyli spotkań z nieznanymi mi obszarami języka polskiego. 

10. W tłumaczeniu najbardziej nie lubię…

…tłumaczenia niewartych zachodu książek.

Jerzy Jarniewicz – poeta, wykładowca, krytyk literacki, tłumacz. Ostatnio wydał „Bunt wizjonerów”, „All you need is love. Sceny z życia kontrkultury”, „Tłumacz między innymi. Szkice o przekładach, językach i literaturze”. Członek redakcji „Literatury na świecie”.

Cykl ten powstaje pod patronatem Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

Comments

Komentarzy