Tag: Ukraina

  • Mały Polak – duży zbrodniarz

    Mały Polak – duży zbrodniarz

    „Syrop z piołunu” to książka bardzo ważna, a zarazem zła. Rezultat będzie przeciwskuteczny: zamiast przypomnieć Polakom o budzącej wstyd akcji Wisła, da amunicję wszystkim tym, którzy takiej pamięci nie chcą.

    Paweł Smoleński, specjalizujący się poniekąd w etnicznych konfliktach, wojnach rozgrywanych na pograniczach, tym razem wraca do relacji polsko-ukraińskich (pisał o tym 2001 roku w Pochówku dla rezuna). Teraz interesuje go właściwie tylko jedno wydarzenie – akcja Wisła i deportacja na Ziemie Odzyskane i Mazury 140 tysięcy Ukraińców, których w ciągu kilku miesięcy 1947 roku wyrzucono z ziem sąsiadujących z USRR.

    Dlaczego to jest książka ważna? Bo Smoleński ma talent do wiercenia dziur w sumieniu, przypominaniu tego, co z wygody zostało zapomniane, zaglądania pod podszewkę różnych ustaleń, mitów, konwencji. I tak jest tutaj: pokazuje zaskakujące porozumienie, jakie nowa władza ludowa, ta ze stalinowskiego nadania, zawarła z oficerami z XX-lecia międzywojennego, byłymi legionistami, wykształconymi we Francji demokratami – okazuje się, że nienawiść polska do Ukraińców łączyła nawet najbardziej odległe grupy światopoglądowe. Smoleński pyta też o motywację żołnierzy z różnych szczebli awansu, którzy w akcji deportacyjnej brali udział, pokazuje nacjonalizm i żądzę zemsty za Wołyń, ale też pragnienie wykazania się, jakie cechowało świeżo przyjętych żółtodziobów, zasłuchanych we frontowe historie starszych towarzyszy. To jest właściwie pytanie, które zasługuje na dłużą refleksję, wykraczającą chyba poza reportaż: do jakiego stopnia za okrucieństwo wobec ludności cywilnej odpowiada takie pragnienie zdobycia szlifów, męskiej inicjacji w wojnę?

    Smoleński wylicza po kolei mity, które władza ludowa umacniała w latach 40., żeby pokazać racjonalność, sprawiedliwość i konieczność deportacji ludności ukraińskiej. Wymienia je jednak wraz z innymi mitami propagandowymi i jest to zabieg świetny. Nieubłagana logika pokazuje, że Polacy albo od razu odrzucali propagandowe kłamstwa, albo weryfikowali je na przestrzeni lat – w dalszym ciągu zaś wierzą wyłącznie w te, które dotyczą relacji polsko-ukraińskich, czyli takie, które pozwalają im nie rozliczać się z niewygodną, wstydliwą przeszłością. Pokutuje zatem mit o zaciekłej wojnie między UPA a polską armią (a UPA ledwo zipała, odcięta od zaopatrzenia i broni), o przygotowaniach do nowej wojny, o tym, że w obliczu silnego poparcia u ludności cywilnej nie istniał inny sposób pokonania partyzanckich oddziałów. Tymczasem Smoleński cytuje dokumenty, w których wyraźnie pisze się o konieczności „rozwiązania problemu ukraińskiego w Polsce”. Umówmy się, że takie słowa zapisane 5 lata po konferencji w Wannsee, w czasie której mówiono o potrzebie rozwiązania kwestii żydowskiej, brzmią upiornie. Nikt jednak nie widział wtedy podobieństwa między nimi. Dzisiaj jednak powinno być już inaczej.

    Cała ta książka składa się z takich paradoksów, które autor wydobywa, pokazuje zaskakujące paralele między akcjami, które Polacy uważają za przestępstwa przeciwko ludzkości, a tymi, które sami podejmowali. W XX-leciu burzono cerkwie i przymuszano dzieci do nauki w polskich szkołach, po wojnie, zainspirowani sposobem, w jakim w epoce stalinowskiej przeprowadzano czystki, podjęto działania na szerszą skalę – to także wielkie oskarżenie. Naród, który uważa się za ofiarę Stalina, jakże chętnie podejmuje tu taki sam sposób działań: 4 godzina na pakowanie, potem marsz do punktów zbiórki i pociągi towarowe jadące tygodniami w nowe miejsca osiedlenia. Całe to oskarżenie moralne, historyczne, studium uników, które do dzisiaj potrafimy świetnie uskuteczniać (Wołyń, którym wszyscy wycierają sobie usta), traci jednak na znaczeniu, gdy patrzymy na całość tej reporterskiej książki.

    Przykro było patrzeć, gdy Jacek Hugo-Bader sam skutecznie podkopał swoją karierę reporterską. Ale gdy z jakichś tajemniczych powodów Paweł Smoleński daje czytelnikowi książkę niedorobioną, płaską, słabo udokumentowaną, to już zaczynam zastanawiać się, czy to nie jest jakiś większy problem. Zbytnia pewność siebie mistrzów? Talent daje prawo do niechlujstwa? Skąd ta nonszalancja?

    Po pierwsze: świadectwa, przywołane w tej książce, pochodzą z materiałów, jakie Smoleński zebrał 16 lat temu, a więc są odpryskiem „Pochówku dla rezuna”. Nie zarzuciłabym autorowi lenistwa, gdyby nie fakt, że w tekście wielokrotnie widać takie opuszczanie gardy, pójście na łatwiznę. Smoleński stosunkowo rzadko powołuje się na dokumenty z epoki, często za to na teksty innych reporterów i to teksty z „Dużego Formatu”, które albo cytuje, albo wplata w swą opowieść jako materiał źródłowy (a to przecież nie jest źródło, tylko właśnie już jego opracowanie, kolejny stopień zapośredniczenia). Na tej samej zasadzie przywołuje tezy Grzegorza Motyki i kilku innych  historyków – specjalistów od relacji polsko-ukraińskich. Ale wychodzi nam z tego reportaż napisany przy biurku, w bibliotece, reportaż żerujący na cudzych badaniach, wnioskach i przykładach. To zarzut drugi. Mało pisze sam, lubi cytować, oddaje głos innym w stopniu, który właściwie pozwala mówi o centonie – cały rozdział „Wybaczajcie” składa się z zestawienia obszernych cytatów z kazań, jakie wygłaszali dostojnicy Kościoła i Cerkwi, nawołując do pojednania i wybaczenia. Bez komentarza autorskiego, bez kontry lub puetny, po prostu nabijanie znaków. „Bardzo prosi staruszek” to z kolei zestawienie cytatów z listów, jakie ukraińscy repatrianci piszą do urzędników państwowych, prosząc o uznanie ich krzywd (najczęściej z wczesnego dzieciństwa) – Smoleński zderza cytaty, rozbudowuje obrazy dziecięcego cierpienia i samotności na starość, tym długim szeregiem cytatów chce wzmóc wrażenie autentyczności, próbuje uobecnić głos bohaterów, którego w tej książce nie ma za dużo.  Podobnie w rozdziale „Mam przed oczami niewinne dzieciątka”, w którym przytacza przykłady współczesnych polskich zachowań nacjonalistycznych i sposoby, w jakie władza bagatelizuje narastanie antyukraińskiej przemocy. To także cytaty – tym razem z doniesień medialnych. Taki patchwork – szkoda tylko, że tak często wykorzystuje ten sam chwyt, znika właściwie jego głos, skoro trzy pełne rozdziały na 221 stron w całości składają się z kombinacji cytatów.

    Zarzut czwarty – z mojej perspektywy najważniejszy – Smoleński używa retoryki właściwej prawicowym konserwatystom. Wiem, że właściwością jego stylu jest nonszalancja, gotowość do ferowania wyroków, budowanie napięcia między jawną autorską wypowiedzią, a całkowitym ukryciem się, czasem jednak te luźne cugle sprawiają, że cała konstrukcja ponosi. Tak dzieje się na przykład wtedy, gdy Smoleński przedstawia biografię generała Karola Świerczewskiego – bohatera doby PRL-u, męczennika walk z Ukraińcami. Kładzie nacisk na jego kulturową obcość, wysługiwanie się władzy komunistycznej i pisze w końcu „etniczny Polak”. No do cholery ciężkiej, jak zaczniemy na dużą skalę akcję dzielenia i oczyszczania, to nikt nie będzie miał zaszczytu przynależności do tej wspólnoty. Będzie czysta, heroiczna, ale dość mała i wątła – n’est-ce pas? Zdaje się, że i biednego Smoleńskiego dotknął język i zabiegi retoryczne dzisiejszej władzy. Dobry reportaż, dobra opowieść o przeszłości uchyla się od takich łatwych podziałów, grzebie w motywacjach, opowiada o narodowych czarnych owcach i bękartach, bo ich historia więcej mówi o przeszłości niż biografie kryształowych bohaterów.

    Ta kaleka formalna, jaką jest „Syrop z piołunu”, źle działa na dwa sposoby: po pierwsze podważa dorobek autora, bo wszystkie płytkie prześlizgnięcia w niej zawarte skutecznie pozwalają kwestionować jego obecny warsztat, po drugie – dają broń do ręki wszystkim tym, którzy będą chcieli podważyć oskarżycielskie tezy zwarte w książce. Takie piruety polska krytyka – robiona na blogach i przez różnych historyków – jest w stanie wykonać (co trochę zaskakuje, bo polska krytyka to nie jest najbardziej zwinna baletnica), gdy chce ocalić stereotyp polskiej ofiary, taki mit małego Polaka, który genialnie wyśmiał Adam Lipszyc w swoim tekście „Polak Mały i fantazja impotencji” (w „Tekstach Drugich”).To Polacy przecież są ofiarami historii, ergo sami nie mogli wyrządzić żadnego zła.

    Paweł Smoleński, Syrop z piołunu

    Czarne 2017

  • Stępione ostrze – Brandys, Iwaszkiewicz, PRL i Ukraina

    Bunt wobec PRL-u realizował się na różnych płaszczyznach, wiązał się zaś nie tylko ze sztuką, ale także z uwarunkowaniami społecznymi, przybierał na sile lub słabł w zależności od wydarzeń politycznych. Kulturze, którą partia postrzegała jako podstawowe narzędzie umacniania władzy i ważny element frontu ideologicznego, narzucano obowiązek kształtowania świadomości społecznej obywateli. Automatycznie więc stawała się ona naturalnym miejscem sporu: zarówno bowiem komuniści, jak i szeroko pojmowana opozycja próbowali za jej pomocą forsować swoją wizję świata.

    W latach 70. i 80. zaczęły się wykształcać lokalne legendy o tych, którzy przed władzą się nie ugięli, umocniła je zaś i ujednoznaczniła III Rzeczpospolita. Proces takiego upraszczania historii oporu wobec PZPR przebiegał nie tylko w historiografii, ale też w opracowaniach historycznoliterackich, których autorzy przedstawiali swoich bohaterów jako bojowników o wolność słowa, szybko też w publicznym, ubogim w oceny dyskursie zaczęto dzielić autorów na służalców i buntowników, łatwo też ferowano surowe wyroki. Dopiero właściwie lustracyjna gorączka, jaka przetoczyła się przez historię literatury za sprawą paru książek i kilku badaczy sprawiły, że zaczęto ponownie pisać o postawach pisarzy, kontekście społecznymi historycznym ich dzieł.
    Badacze spoglądający na dzieje literatury w czasie komunizmu dzisiaj – z perspektywy 25 lat wolności, dochodzą do błędnego wniosku, że czas uwypuklił pewne problemy, oczyścił historię. Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie – niektóre sprawy odeszły w zapomnienie, zaciemniając nasz obraz przeszłości, zapomnienie zaś stało się kluczem do upraszczania.  
    By pokazać, że bunt wobec PRL-u miał w literaturze miejsce, ale jednocześnie był pewnego rodzaju buntem kalekim, niesatysfakcjonującym dla czytelników, sięgnę po zaledwie jeden tekst – ZarudzieJarosława Iwaszkiewicza. Zarudzieukazało się w 1976 roku, w tomie z dwoma opowiadaniami historycznymi: Nocą czerwcową i Heydenreichem. Dziś Zarudzieto tekst uznany nie tylko za genialny artystycznie, ale również za „słuszny” ideowo – wskazujący na cierpienie Polaków i Ukraińców z rąk rosyjskich, służący więc zbliżeniu dwóch narodów. Zupełnie inna była jednak recepcja tej powieści w latach 70., tuż po jej opublikowaniu. W swoim dzienniku Marian Brandys pisał (przytaczam cały wpis):
    9 lutego 1977. Przyszli Jurek i Ryś Peryt, była Halina, rozmawialiśmy. Najpierw o „Zarudziu” Iwaszkiewicza. Ja się tym zachwycam jako pisarz historyczny, Jurek także, mimo że Iwaszkiewicza na ogół nie wielbi. Natomiast Halina, którą Iwaszkiewicz zawsze darzy szczególnymi względami, jest bardzo przeciw. Mówi, że propozycje, jakie autor „Zarudzia” (to znaczy trzech opowiadań w tej książce zawartych) przedstawia dzisiejszemu czytelników, są obrzydliwe; zestawia Iwaszkiewicza z Bryllem. Pewne podobieństwo rzeczywiście istnieje, bo obaj usiłują przeprowadzić obronę swego oportunizmu życiowego i politycznego. Celem ich jest udowodnienie czytelnikowi tego, co tak trafnie i lapidarnie wyraził redaktor Michał Misiorny, usprawiedliwiając się po pijanemu przed Jonaszem Koftą ze swego obrzydliwego artykułu przeciwko KOR-owi: „Uważasz mnie za świnię, ale to jest znacznie bardziej skomplikowane niż myślisz”. Różnica między Iwachą a Bryllem (i jego nędzniejszymi jeszcze konfratrami w rodzaju Misiornego) polega na tym, że Bryll, tłumacząc się przed czytelnikiem ze swego postępowania, stara się mu dowieść, że cały świat, w którym żyjemy, jest jedną wielką gnojówką, w której wszyscy musimy utonąć; a Iwaszkiewicz broni swego oportunizmu przez ukazania z najwyższym mistrzostwem i znawstwem skomplikowanych uwarunkowań ludzkich na dawnych, wielonarodowych kresach polskich (M. Brandys, Dziennik 1976-1977, Warszawa 1996, str. 121)
    Iwaszkiewicz projektował Zarudzie jako powieść z historii polskich postaw buntowniczych, za pomocą mesjanistycznej wzniosłości zderzonej z ironią historii chciał pokazać ciągle aktualny mit powstania. W czytelniczej interpretacji jego tekst był widziany jednak jako bunt o stępionym ostrzu, forma poroniona, niepełna i nieudana. Dlaczego więc ten sam tekst postrzegany jest równocześnie jako dowód obrzydliwego oportunizmu i powieść czcząca romantyczny gest? Wydaje się, że przyczyną owych skrajnych ocen jest właśnie programowa niejednoznaczność, którą Iwaszkiewicz wpisał w swoją powieść, niejednoznaczność, na której w ogóle opiera się jej idea.
    Wydarzenia przedstawione w Zarudziu rozgrywają się w połowie XIX wieku na Ukrainie, autor zaciera jednak konkretną lokalizację i konkretny czas akcji. Pokazuje tu marazm prowincjonalnego życia, pod powierzchnią którego nieustannie wracają echa jakiś wydarzeń historycznych, gdzie bohaterowie przystosowując się do życia obok zaborcy, jednocześnie cały czas deklarują opór wobec niego. Józio Dunin to szlachetka jakich wielu – zainteresowany głównie swoim otoczeniem, wspominający samobójczą śmierć ojca, romansujący grzecznie z panną z sąsiedztwa i niegrzecznie z panną służącą. Dlatego też zaskakująca jest jego decyzja, by udać się do chłopów ze złotą hramotą, a także nagłe uduchowienie, ujawniające się w przekonaniu, że tekst pisma obroni ich przed siekierami, poczucie misji tak mocne, że objawiające się gotowością na śmierć. Ten romantyczny klimat Zarudzia zapożyczony częściowo z Ballad i romansów, a częściowo z dumek ukraińskich, dla pierwszych czytelników był oczywistą aluzją do współczesności. Z zawartych w powieści odwołań historycznych skupiano się tylko na tym dotyczącym powstania styczniowego, które w całej literaturze po 1945 roku spełniało funkcję alegorii i wiązało się zawsze z pytaniem o sens oporu wobec rosyjskiej dominacji. Wydawało się więc oczywiste, że ten narracyjny chwyt wykorzystał też Iwaszkiewicz. Sądzono też, że ocena romantyzmu, jaką formułuje tu autor, jest negatywna: Józio Dunin to przecież żywe zaprzeczenie postaci z epoki, skupiony na kwestiach przyziemnych, niezbyt zainteresowany światem, plączący się bez celu po lesie, wydawał się karykaturą bohatera romantycznego. Jego transformacja wydawała się nieprawdopodobna, zbyt niespodziewana. Główną przyczyną krytyki był jednak fakt, że gotowość Józia do nawracania i polonizowania chłopów ukraińskich wydawała się tak nierealna, że aż śmieszna. Sądzono więc, że Iwaszkiewicz, krytykując Józia-idealistę romantycznego, zgadza się z realistami politycznymi. Opozycja ta nie była właściwa jedynie dla XIX wieku, pojawiała się i to bardzo często w latach 70., gdy, jak pisze Brandys: reprezentanci władzy przedstawiają się jako „rzecznicy rozumnego patriotyzmu” i „Teraz każda świnia deklaruje się jako rzecznik pracy organicznej”. Hasła historyczne cyrkulowały więc w PRL-u na określenie zwolenników i przeciwników władzy: komuniści przedstawiali się jako spadkobiercy tradycji pozytywistycznej, uznawali istnienie „nowej umowy społecznej” z PZPR za zjawisko naturalne i niezmienne. Ci zaś, którzy tę zasadę próbowali dyskontować, otrzymywali opinię romantyków i niebezpiecznych szaleńców, gotowych doprowadzić do utraty połowicznej wolności w walce o nieosiągalny ideał.
    Anulowanie wielu sensów „Zarudzia”, uznanie Iwaszkiewicza za niebezpiecznego oportunistę, który dla swojego zepsucia stara się dobudować pozytywną ideologię, wynikało z czytelniczego przyzwyczajenia do analizowania każdego tekstu według klucza politycznego. W przypadku Zarudziaujawniała się prosta interpretacja: powstanie styczniowe to alegoria KOR-u, Józio – KOR-owcy i inni opozycjoniści, Polak carski oficer Krzyżanowskij – członkowie PZPR itd., choć Iwaszkiewicz napisał to opowiadanie zanim KOR jeszcze powstał, a opublikował go w 1976, w czasie gdy po raz pierwszy pojawiła się możliwość zademonstrowania oporu wobec władzy w sposób jednoznaczny, wyrazisty i zinstytucjonalizowany. Przystosowanie przestawało być więc jedyną postawą społeczną – pojawiała się jej alternatywa – opór, ale taki, który w swych formach nie opierał się działalności zbrojnej, która w historii Polski była dotychczas jedyną praktyką. Oczywiście KOR-owcy uważali się za kontynuatorów tradycji insurekcyjnej, choć realizowali swoje cele w zupełnie inny sposób. Postrzeganie siebie jako spadkobierców insurgentów i bojowników o wyzwolenie stało się właśnie przyczyną, dla której Brandys tak mocno krytykował Iwaszkiewicza: żonaty był z Haliną Mikołajską, aktorką, której nazwisko znalazło się na liście założycieli KOR-u, a cała rodzina musiała słono zapłacić za zaangażowanie polityczne – jak bardzo bezpieka utrudniała życie Brandysowi najlepiej widać właśnie w Dzienniku – tym samym, którego ofiarą padł Iwaszkiewicz. Brandys uznał powieść Iwaszkiewicza za groźną, bo zbyt skomplikowaną, niejednoznaczną, wymykającą się ocenom. Tymczasem sam postrzegał sytuację w Polsce jako rodzaj toczącej się podskórnie domowej wojny ideologicznej, która domagała się jasnego formułowania postaw.  Powieść Iwaszkiewicza, która w zamiarze autora miała studzić umysły, pokazywać bogactwo świata, bliskość sojuszników i wrogów, podgrzała tylko atmosferę. Choć czytelna – bo przecież Brandys zrozumiał Zarudzie – okazała się za trudna, trafiła na zły moment. Faktycznie, patrząc z perspektywy Brandysa i PZPR (tutaj paradoksalnie jest to ta sama perspektywa – pragnienie doraźnej użyteczności tekstu), Zarudzie nie jest buntem przeciwko władzy. Jego sens bowiem nie zawiera się i nie wyczerpuje w – jak ujął to Brandys – „skomplikowanych uwarunkowaniach ludzkich na dawnych, wielonarodowych kresach polskich”. Bunt wobec władzy, podważenie jej filozoficznych i ideologicznych fundamentów czytelne jest na poziomie rozumienia historii, ten zaś ukryty był dość głęboko.
    Bunt Iwaszkiewicza wobec PRL-u realizuje się poprzez przeciwstawienie okrucieństwa historii obojętnej na los jednostki marksistowskim tezom o opanowaniu historii. Iwaszkiewicz buduje więc konflikt z władzą nie na poziomie społecznym czy politycznym, lecz na poziomie historiozoficznym, dając wykładnię dziejów sprzeczną z lansowanym obrazem historii optymistycznej, zmierzającej ku postępowi dzięki pracy robotników i chłopów. Historia w powieści Iwaszkiewicza to historia nowoczesna: igrzysko przypadku, szaleństwo, krzywda, zniszczenie.
    W Zarudziu problem poświęcenia i bohaterstwa nie dotyczy zbiorowości, lecz jednostki, ma wymiar egzystencjalistyczny, tym samym więc daleko odchodzi autor od obowiązującego w kulturze komunistycznego, totalizującego spojrzenia na klasy społeczne. Józio Dunin to indywiduum walczące o nadanie sensu własnej egzystencji, poszukujące osobistego zbawienia. Nie hrabia w konflikcie z chłopem Fiłaretem, nie Polak wywyższający się wobec Ukraińców, nie buntownik przeciwstawiony Rosjanom, nie romantyk niezrozumiany przez przyziemne otoczenie – wszystkie te pary opozycji istnieją w tekście i go organizują, ale są wtórne wobec konfliktu: człowiek – historia. Sposób widzenia zaś człowieka i jego obowiązków wobec świata jest u Iwaszkiewicza zupełnie inny niż w paradygmacie kultury socjalistycznej. Zarudzie pokazuje, że człowiek ma obowiązek przede wszystkim względem siebie, że w świecie jest samotny, stoi wobec tajemnicy bytu i być może poznanie tej zagadki będzie kosztowało go życie.

  • Polak mały, bolszewika goń!

    Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian,
    Ha!art 2013
    Mordor, Afryka, Arabowie, Rosja i Morze Śródziemne – to wszystko metafory, które mają opisywać Ukrainkę w reportażach Szczerka. Za każdym razem jednak okazuje się, że jest to  kraj wymykający się poznaniu. Zróżnicowany, pełen skrajności, rozerwany na dwie części: prozachodnią i prorosyjską, a to wszystko sprawia, że nie można rozpisać jakiejś jednej jego charakterystyki, że nawet jego mieszkańcy nie potrafią dobrze go określić, ani wskazać swojego w nim miejsca. Szczerek stara się jednak uchwycić tę dziwność, to przełamywanie starego i nowego porządku, próbuje oddać świadomość mieszkańców Ukrainy i jej uprzywilejowanych gości, ostatecznie jednak mówi, że nie da się połączyć tych wszystkich perspektyw, bo są one wobec siebie sprzeczne, często też wrogie. Pozycja Szczerka też zawsze jest zewnętrzna, obca:

    Przy przejściu granicznym pokazałem legitymację prasową ukraińskiemu pogranicznikowi, żeby mnie przepuścił przed kawalkadą mrówek. Przez Ukraińców przeszedłem szybko. W polskim przejściu wszedłem do bramki „dla obywateli UE”. Patrzyłem, jak pogranicznicy w bramce obok, w bramce dla gorszych, dla unternarodów, upokarzają jakiegoś starszego Ukraińca (…). Zaciskałem pięści i było mi wstyd. 
      
    Ruch na przekór widoczny jest w tym reportażu w każdym wątku, w każdej opowieści. Od tematu począwszy, poprzez sposób jego realizacji, na formie gatunkowej skończywszy. Szczerek krytykuje, ośmiesza, szydzi – z estetyki komunistycznej, architektury sowieckiej, ukraińskich cwaniaków, polskich turystów: albo pijanych, albo histerycznych, płaczących nad polskim Lwowem i Sonetami krymskimi.

    Polacy podróżują na Ukrainę, by ucałować groby przodków, odbyć podróż sentymentalną, do źródeł, jakiegoś „przedkomunistycznego” modelu polskości, zrobić zdjęcia grobom Orląt Lwowskich, zobaczyć Drohobycz, Bakczysaraj, Czufut-Kale. Ten cel sentymentalny nie przeszkadza jednak zaspokoić innej terapeutycznej potrzeby – dla Polaków Ukraina to przecież miejsce, gdzie można podreperować poczucie własnej wartości, zobaczyć gorszy świat, raz stać się reprezentantem wyższej kultury, większego porządku. Bo w porównaniu z Ukrainą Polska to już Zachód, Unia, dobrobyt, ład i bezpieczeństwo. Aby jednak przepaść ta była bardziej widoczna (a więc i samopoczucie lepsze), należy zderzyć się z jakimś absurdem Wschodu – takie zaś sytuacje zaradni Ukraińcy coraz częściej Polakom aranżują. W przydrożnym barze Misza – ukraiński przewodnik kilku zamożnych Polaków – rozpoczyna awanturę z lokalnymi zabijakami, grozi im bronią, w końcu zasłania się legitymacją policyjną. Wszystko to zaś organizuje, by podnieść poziom adrenaliny, zaspokoić potrzeby znudzonych klientów.

    Polacy współczują Ukrainie, ale też cały czas oglądają ją jak kraj egzotyczny, miejsce, gdzie jest większa bieda, przemoc, bezprawie, gdzie można dowartościować własną sytuację narodową i społeczną:

    Przyjeżdżacie tutaj, bo w innych krajach się z was śmieją. I mają was za to, co wy macie nas: za zacofane zadupie, z którego można się ponabijać. I wobec którego można poczuć wyższość

    mówi urażona Ukrainka.

    Szczerek rozpoczyna swe ukraińskie podróże dekadę temu, w 2002 roku, trafia zatem w przestrzeń, gdzie już się skończył komunizm, ale jeszcze dobrze nie zaczął się kapitalizm, gdzie powstaje jakaś forma przejściowa, w której słuchać „ruskie techno”, rosyjska flota rdzewieje w Odessie, a dziewczęta noszą buty na bardzo wysokich obcasach i mają mocny makijaż. Autor jedzie na Wschód w epoce, gdy wiele osób podróżuje wyłącznie na Zachód, tylko do Unii. Zamiast na łacińskie Południe, wybiera się na Ukrainę, podróżuje bez celu, po to tylko, by obserwować życie, by próbować określić odmienność wschodniego sąsiada. Zwraca się jednak nie tylko przeciw ruchowi turystycznemu generowanemu przez biura podróży, ale i przeciw alternatywnym formom podróżowania, szydzi ze studentów antropologii i kulturoznawstwa, z polskich plecakowców, których tłumy przemierzają Ukrainę. Ci bowiem chcą być inni niż bezmyślny tłum turystów, chcą zbliżyć się do prawdy o Ukrainie, tymczasem – jak pokazuje Szczerek – wybierają po prostu inny stereotyp: chcą przeżyć jakiś „hardkor”, kolekcjonują historyjki o absurdzie ukraińskiego życia, biegają po wsiach, bo chcą wypić wódkę z tubylcami i usłyszeć pieśni ludowe. 

    Cały ten ładunek rozliczeniowy zostaje tu jednak oprawiony w bardzo atrakcyjną, coraz bardziej modną formę reportażu gonzo. Wszystkie kwestie wypowiadają tu postacie wzorowane na amerykańskich beatnikach, chłopcy nieprzytomni od marihuany, kwasów, kokainy. Organizujący hardkor samodzielnie – kierowca łady, którą podróżują po kraju, nigdy nie jest bardziej trzeźwy niż jego pasażerowie, napojem zasadniczym jest zaś mocno wyskokowy płyn na potencję „Wigor”. Myli się jednak ten, kto czyta Przyjdzie Mordor i nas zje… jako zapis diarystyczny. Szczerek idzie tu bowiem bardziej w stronę faction – łączy fikcję i prawdę, szuka takiej formy opowieści, która stanie się maksymalnie sugestywna.

    Szczerek wprowadza w Polsce gonzo do prozy mainstreamowej i robi to doprawdy znakomicie. Jednakże wydarzenia ostatnich kilku miesięcy, widmo wojny domowej, które coraz wyraźniej zagraża Ukrainie, sprawiają, że czyta się tę książkę w zupełnie inny sposób, że obserwacje autora przestają mieć wymiar wyłącznie kulturowo-antropologiczny, a stają się dramatyczną opowieścią o walce – prawdziwej walce – o inną niż narzucona tożsamość.