Tag: Maciej Płaza

  • Kwestionariusz tłumaczy – Maciej Płaza

    Kwestionariusz tłumaczy – Maciej Płaza

    Kwestionariusz tłumaczy:

    1. Kiedy przełożył Pan swoją pierwszą książkę?

    W 2009 roku. Była to „Martwa Europa” Christosa Tsiolkasa, piękna i straszna powieść, która niestety przeszła bez echa.

    2. W jakim rytmie Pan pracuje?

    W biurowym: siadam do pracy o siódmej-ósmej rano i tłukę w klawiaturę do wczesnego popołudnia. Pracuję maksymalnie 6 godzin dziennie, dłużej nie ma sensu, bo jakość pracy spada wtedy dramatycznie.

    3. Dlaczego tłumaczenie może być przyjemne? Czy jest raczej źródłem cierpień?

    Gdy tłumaczy się autora, którego się lubi i ceni, praca jest przyjemna; w innych przypadkach potrafi być udręką.

    4. Czy jest jakiś autor, którego się Pan boi?

    Są autorzy, których po prostu nie umiałbym przełożyć i nie zamierzam próbować, bo potrzebny jest do tego warsztat filologiczny, którego nie mam, bo nie jestem z wykształcenia anglistą; nie przełożyłbym na przykład Szekspira, Blake’a czy późnego Joyce’a. Nie dałbym się też namówić na tłumaczenie Melville’a: pewnie dałbym mu radę, ale jego pisarstwo jest tak okropnie skomplikowane składniowo i stylistycznie, że umęczyłbym się przy tym ponad miarę.

    5. Co wywołuje największą radość tłumacza? A co jego rozpacz? 

    Do rozpaczy doprowadza mnie tłumaczenie wierszy napisanych według klasycznej poetyki, czyli metrycznych i rymowanych. Robię to tylko wtedy, gdy muszę, tj. gdy są one wplecione w książkę, którą tłumaczę, i wpadam wtedy w szczerą rozpacz. 

    Najbardziej cieszy mnie, gdy mogę przetłumaczyć książkę, którą uwielbiam, dla dobrego wydawnictwa. Jedną z takich radości była dla mnie praca nad Wzgórzem przyśnień Arthura Machena.

    6. Kiedy stawia Pan kropkę?

    Po dwóch końcowych lekturach całego tekstu, gdy widzę, że wszystko w miarę przyzwoicie wygląda. Niedobrze jest czytać i poprawiać tłumaczony tekst w nieskończoność, bo wpada się wtedy w maniackie przekonanie, że zawsze jeszcze można coś poprawić – tymczasem otóż nie: od pewnego momentu można już tylko znowu psuć. Trzeba w pewnym momencie powiedzieć: stop. Na szczęście czy nieszczęście zwykle mówią to za nas wydawnictwa, a raczej terminy zapisane w umowie.

    7. Jaka jest pozycja tłumacza w Polsce?

    Zła. Bardzo marne stawki, nieuczciwe praktyki wielu wydawnictw, a także – co może najgorsze – brak miejsca dla zawodu tłumacza literatury w systemie ubezpieczeń społecznych. Mimo to i tak zbyt wielu ludzi garnie się do tego zawodu – ze szkodą i dla siebie, i dla zawodu.

    8. Czy tłumacz jest mecenasem literatury, jaką przekłada? Promotorem języka obcego?

    Mecenasem oczywiście może być, jeśli mu na tym zależy, ale nie musi: przekładanie książek to praca zarobkowa i nawet jeśli tłumacz jakąś książkę ceni i lubi, trudno oczekiwać, by od razu stawał się mecenasem czy ambasadorem jej autora. Promotorem języka obcego? Wręcz przeciwnie: tłumacz powinien być językowym purystą i bronić języka ojczystego przez zachwaszczeniem obcymi wtrętami. Mówię to z perspektywy tłumacza anglisty: język polski jest zaśmiecony angielszczyzną – i to złą, kundlowatą angielszczyzną, netfliksowo-komiksową – w stopniu zatrważającym.

    9. Czy tłumacz coś musi? A może czegoś mu nie wolno?

    Musi dbać o to, by jego przekład był pięknym utworem literackim; kwestia wierności jest drugorzędna, przekład ma się dobrze czytać po polsku. Nie wolno mu brać się do tłumaczenia czegoś, co przerasta jego możliwości bądź po prostu mu nie leży – wtedy przekład nie będzie udany.

    10. Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Rzadko tak się dzieje. Ogromna większość przekładanej literatury – i nie tylko przekładanej – jest pozbawiona wszelkiej stylistycznej inwencji i wtedy wystarczy ten zasób polszczyzny, który już istnieje i jest powszechnie dostępny. Przygoda zaczyna się wtedy, gdy stylistyka oryginału jest nacechowana; wtedy tłumacz musi się nagłowić, jak oddać specyficzną składnię, dialektyzmy, neologizmy, archaizmy itp. Przed dobrym i ambitnym tłumaczem otwiera się wtedy pole do popisu i jego przekład może wnieść coś nowego i twórczego do literackiej polszczyzny.

    11. Czy tłumaczenie może stworzyć język, którego nie ma w języku docelowym? Jakiś socjolekt? Dialekt?

    Może. Krzysztof Bartnicki stworzył taki język w „Finneganów trenie”, Robert Stiller w obu swoich Mechanicznych pomarańczach. To sztuczne dialekty literackie, nikt tak po polsku nie mówi ani nie pisze.

    12. Czy można przygotować przekład, który nie będzie się starzał?

    Starzeją się przekłady, które zbyt mocno osadzone są w idiomatyce języka im współczesnego – choć potrafią wówczas starzeć się pięknie: opowiadania Poego w przekładach Leśmiana brzmią archaicznie, ale nie ujmuje im to arcydzielności, natomiast Poe przekładany przez innych tłumaczy młodopolskich potrafi brzmieć nieznośnie – ponieważ kłania się tu także indywidualny talent tłumacza. Starzeją się też przekłady, które nie do końca trafiają w stylistykę tłumaczonych tekstów czy w realia ukazanego w nich świata. Widać to dziś np. w przekładach niektórych modernistycznych pisarzy amerykańskich: polscy tłumacze w latach 50. czy 60. XX wieku po prostu nie mieli dostępu do wiedzy, która pozwoliłaby im w pełni rozgryźć ich twórczość. Czy można stworzyć przekład, który nie będzie się starzał? Pewnie można – wszystko można. Trzeba tylko dużej wiedzy, talentu, doświadczenia, intuicji… Błahostka!

    13. W jaki sposób należy myśleć o tekście, by zachować jego językową odrębność w polszczyźnie?

    Przede wszystkim trzeba dostrzec jego odrębność w języku macierzystym. Bez tego ani rusz. Prócz tego: wiadomo: duża wiedza, talent, doświadczenie, intuicja… 

    14. W jakich rejestrach szukał Pan inspiracji do przekładu nominowanego do nagrody?

    Gdy 10 lat temu tłumaczyłem H.P. Lovecrafta, podszedłem do sprawy bardzo filologicznie, wyznaczyłem sobie główne punkty orientacyjne, między którymi muszę rozpiąć swój przekład: proza młodopolska i międzywojenna, literatura romantyczna, Raj utracony, Leśmianowskie przekłady Poego. Przy Arthurze Machenie nie czułem już potrzeby tak metodycznego działania, choć nie bardzo umiem wytłumaczyć, dlaczego. Machen jest zapewne autorem mniej wtórnym niż Lovecraft, tj. mniej wyraźnie zapożyczał, ale pewnie zadziałało też moje doświadczenie, nieporównanie większe niż przy pracy nad Lovecraftem, a także oczytanie w samym materiale: przeczytałem w oryginale kilkanaście tomów Machena, może więc po prostu mogłem sobie pozwolić na to, by przekładać go bardziej intuicyjnie. Najogólniej mówiąc, wzorem były dla mnie rejestry prozy XIX-wiecznej, od romantycznej po findesieclową – ale, jak powiadam, bez konkretniejszych nawiązań.

  • Warsztat – przekład. Maciej Płaza

    Warsztat – przekład. Maciej Płaza

     

    Poprosiłam tłumaczy nominowanych w tym roku do Nagrody Translatorskiej im. Boya-Żeleńskiego o wskazanie takich zdań, nad którymi się męczyli – bo przecież często chodzi o inną melodię języka, zupełnie obcy kontekst, słownictwo sprzed kilku epok, zupełnie dzisiaj niezrozumiałe, lub takie, które nie ma odpowiednika w polszczyźnie. 

    Języki nie są wobec siebie równoległe, nie są symetryczne, każdy wprowadza swoje uniwersum i nie da się go przełożyć ani szybko, ani prosto. 

    Dzisiaj fragment, który wskazał Maciej Płaza – wraz z jego komentarzem: 

    Zdanie, z którym kilka lat temu stoczyłem ciężki bój, brzmi tak:

    The street in front of Parkes’ Guest House, grains of sand from the street coming on the grey fur of the tennis ball, the hopping under my hand idle as the conversations from the green bench before the flowerbed, red bells of the fuchsia vivid behind them and some roses and gillyflowers, the earth around the roots of everything speckled with sea shells, overhead the weathered roughcast of the wall of the house.

    Otwiera ono nowelę Strandhill, the Sea Johna McGaherna, mojego ulubionego prozaika irlandzkiego. Przekład tego tekstu opublikowałem w „Literaturze na Świecie” (9-10/2018) jako Strandhill, morze. Do pracy nad nim zachęciły mnie – i zainspirowały do pewnych rozwiązań – warsztaty translatorskie, jakie prowadziłem gościnnie ze studentami prof. Ewy Rajewskiej na UAM.

    Owo pierwsze zdanie, zajmujące cały akapit, ostatecznie przełożyłem tak:

    Ulica przed pensjonatem Parkesów, ziarnka piasku z jezdni lgnące do szarego meszku piłki tenisowej, jej podskakiwanie pod moją ręką jałowe jak rozmowy dobiegające z zielonej ławki przed klombem, za nimi jaskrawoczerwone dzwonki fuksji oraz trochę róż i lewkonii, ziemia naokoło korzeni usiana morskimi muszelkami, nad głowami zwietrzała ściana pokryta kamyczkowym tynkiem.

    Brzmi prosto? Och, nie było to proste. Ten krótki, ledwie parustronicowy utwór, a nawet samo pierwsze zdanie, odsłania pewne właściwości literackiej angielszczyzny, które w rękach pisarza tej miary co McGahern mogą doprowadzić tłumacza do rozpaczy pomieszanej z ekstazą – przede wszystkim niezwykłą zwięzłość tego języka i możność ukrycia w nim podmiotu wypowiedzi: narrator tej noweli omal zupełnie nie ujawnia się jako „ja”, mimo że stale jesteśmy świadomi jego obecności i śledzimy jego postępki. Widać tu też maestrię samego McGaherna: dziedzictwo wielkiego irlandzkiego modernizmu spod znaku Joyce’a i Becketta, ogromną precyzję stylu, niezrównane panowanie nad słowem, a także malarską – czy wręcz filmową – umiejętność komponowania opisu. Żeby rozgryźć to zdanie, całą tę scenę trzeba sobie wyobrazić, zobaczyć ją przed oczyma, podążyć wiernie w ślad za wzrokiem narratora, który swobodnie i od niechcenia opisuje, co widzi i słyszy. Wielkie, trudne, choć na pozór niegroźne pisarstwo. Ciężka praca i wspaniałe wyzwanie. Czysta radość tłumacza.

    Maciej Płaza, prozaik, tłumacz z języka angielskiego, literaturoznawca, doktor nauk humanistycznych. Wyróżniony Literacką Nagrodą Europy Środkowej „Angelus”, Nagrodą Literacką Gdynia, Nagrodą Fundacji im. Kościelskich, Śląskim Wawrzynem Literackim oraz nominacjami do Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza i Nagrody Literackiej Nike. Tłumacz dwudziestu kilku książek, m.in. prac naukowych, beletrystyki współczesnej (Christos Tsiolkas, DeSales Harrison, Edward St Aubyn, Mark Helprin), literatury dziecięcej (Kenneth Grahame: „O czym szumią wierzby”, Vesper 2014), klasyki literatury niesamowitej (H.P. Lovecraft: „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści” i „Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne”, Vesper 2012 i 2016, Mary Shelley: „Frankenstein, czyli Współczesny Prometeusz”, Vesper 2013, Arthur Machen: „Wzgórze przyśnień”, PIW 2020). Za tom opowiadań Lovecrafta „Zgroza w Dunwich…” wyróżniony nagrodą przekładową „Literatury na Świecie” w kategorii „Nowa Twarz”.

    fot. Macieja Płazy – Joanna Wojtera