Tag: Lokator

  • 5 najlepszych książek na koniec lata

    5 najlepszych książek na koniec lata

    Zanim nas dopadnie melancholia końca lata i wszyscy będziemy czytać opowiadania Iwaszkiewicza. Albo też zanim dopadnie nas biegunka wydawnicza towarzysząca jesieni i targom książki, do lektury poleca się najlepsze książki, które ostatnio się ukazały:

     

    1. Krzysztof Kamil Baczyński, Ten czas. Wiersze zebrane, wyd. Prószyński i S-ka – zupełnie inaczej czyta się Baczyńskiego, gdy popatrzymy na nie przez pryzmat jego żydowskiego pochodzenia. Nagle okazuje się, że nie chodzi tylko o dylematy moralne, ale też o głębokie poczucie obcości. Na okładce pojawia się wyświechtana fraza o „tragedii pokolenia” – cóż, ta książka pokazuje inny wymiar tej tragedii. Bolesna lektura.
    2. Andrzej Bursa, Dzieła (prawie) wszystkie, wyd. Znak – nie wiem, jak to uzasadnić, bo za każdym razem, jak sięgam po tę książkę, żeby znaleźć jakiś konkretny powód, tekst mnie wciąga i nie pamiętam, dlaczego zaczynałam czytać.
    3. Louis Edouard, Historia przemocy, Pauza (przekł. Joanna Polachowska) – o gwałcie, poniżeniu, kompleksie ofiary. Nie ma znaczenia, że dotyczy środowiska homoseksualnego, ale w Polsce powinna ta powieść zadziałać jak pigułka przeczyszczająca.
    4. Katarzyna Wiśniewska, Tłuczki, wyd. Nisza – o przemocy w rodzinie, pedofilii, podporządkowaniu. Trudna powieść o reprodukowaniu schematu ofiary w ramach jednej rodziny.
    5. Ebba Witt-Brattstrom, Miłosna wojna stulecia, wyd. Lokator (przekł. Justyna Czechowska)  – o rozpadzie małżeństwa z długim stażem. Poemat/dramat o poniżeniu, samotności, nienawiści i pogardzie. Przygnębiająca historia o tym, jak rozchodzą się inteligenci.

    Zdjęcie:  Kinga Cichewicz on Unsplash

  • Mistrz i uczennica

    Ida Linde, Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym
    Lokator 2015
    tłumaczenie: Justyna Czechowska, ilustracje: Zosia Dzierżawska

    Ty cholerny zasrany skurwielu nienawidzę cię nie możesz wracaj wracaj wracaj – woła młoda kobieta w ostatniej scenie powieści Idy Linde. Nie chodzi tu jednak o przemoc domową, ani o toksyczny związek miłosny, ale o niezgodę na śmierć, o gniew i bunt. Lisie Oczko odkrywa, że zmarł jej dziadek i wykonuje całą serię czynności codziennych – nastawia zegar, zmienia baterie w czujniku alarmu przeciwpożarowego, zakłada gruby sweter, wychodzi na dwór, zapala mentolowego (dziadkowego) papierosa i dopiero wtedy wydobywa się z niej ten potworny krzyk.
     
    Ida Linde, podobnie jak Torgny Lindgren, pisze o życiu i śmierci, o bliskim związku między nimi oraz o tym, że w gruncie rzeczy dzieli je przepaść. W jej lirycznej powieści bohaterką jest przebywająca na wsi dziewczynka, która spędza czas na łonie natury, bawi się w gospodarstwie dziadków, uczy się (od dziadka) pływania, gry na pianinie, utrzymania czystości w domu. Gdy dorośnie, musi sobie poradzić z jego chorobą i śmiercią. Ten krótki opis streszcza nie tylko fabułę, ale i określa warstwę realistyczną, bo to, co tutaj najważniejsze dokonuje się na zupełnie innym poziomie. Jedynym znakiem współczesności są mentolowe papierosy i alarm przeciwpożarowy, bo cała opowieść osadzona jest poza czasem. Kontekst, epoka nie mają tu żadnego znaczenia, a autorce zależy na przedstawieniu pewnych uniwersalnych prawidłowości, prawdy uczuć. Na relację dziecko – dziadek nakłada się tu szereg różnic: dzieli ich płeć, wiedza o świecie, doświadczenie, niezależność. Ona jest niczym zwierzątko – trochę nieufna, dzika, nieujarzmiona, ale też bezbronna, skłonna do zabawy, gotowa na zdobywanie wiedzy o świecie. Dziadek z kolei to wcielenie postaci starego mędrca, nauczyciela – groźnego, czasem niecierpliwego, lecz zawsze sprawiedliwego. Dziewczynka wychowuje się w świecie przyrody i fantazji, w świecie gęstym od znaczeń, w którym to dziadek jest przewodnikiem, ona zaś wigorem, radością na nowo pokazuje mu otoczenie. Linde na swój sposób opowiada archetypową historię o wchodzeniu w świat – nie jest to bowiem historia męska, nie rozgrywa się między nauczycielem i uczniem, a między nauczycielem i uczennicą, która ma inne niż chłopiec potrzeby, inaczej się rozwija,  dostarcza też innych wzruszeń starzejącemu się człowiekowi. Jej fizyczność to miejsce niepewne, dojrzewanie przesuwa granicę bliskości, wprowadza tematu tabu – noc, kiedy Larsson dostaje pierwszej miesiączki, to czas samotności:
     
    Nadyma brzuch i zaraz go wciąga. Ciało nie chce spać, dalej boli. Otwiera okno, dostaje gęsiej skórki, brodawki sztywnieją do bólu. Przykrywa piersi rękami i nasłuchuje nocnych zwierząt. On woła ze swojego pokoju, przestań łazić jak nieszczęśnik, tylko się połóż (…).
     
    Życie to doświadczenie ciała, doznanie przede wszystkim fizyczne – cała seria smaków, zapachów, przeżywanie ciepła i zimna, zanurzanie się w lodowatym jeziorze, bezsenność. Muzyka także jest doświadczeniem ciała, dziewczynka gra i śpiewa, po to, by usłyszeć różne brzmienia, hałas, by wyrazić radość. Jednocześnie zaś tuż obok życia czai się śmierć – najpierw umiera ze starości koń, potem trzeba zabić psa, żeby skrócić jego mękę. Później umiera babcia i zegar po raz pierwszy się zatrzymuje, w końcu zaś umiera dziadek – pomimo najczulszej opieki. Linde rejestruje ewolucję relacji bohaterów: najpierw to dziadek prowadzi ją przez świat, później następuje odwrócenie kierunku: to dziewczyna musi otoczyć go opieką, pomóc w czynnościach domowych, w jakiś przedziwny sposób pomóc mu wejść w śmierć (to najmocniejszy, najlepiej poprowadzony wątek). Ta ich relacja – w perspektywie Linde – jest symetryczna, oboje swoimi działaniami wpisują się w cykl życia, spełniają równie ważne obowiązki. Ten rytm życia jest naturalny, przełamuje go dopiero rozpacz po śmierci dziadka, samotność, bo nie ma w domu już nikogo, na kim można by się oprzeć.
    Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym ma niecałe 80 stron, operuje surowym, prostym stylem, dalekim od wielomówstwa polszczyzny, a jednocześnie zawiera niezwykle sensualny i bogaty opis świata, nie cofa się przed głębią emocjonalną. Największy dramat (rozpacz dziadka po śmierci żony) i największą radość (dziecięca zabawa w awarię samolotu wśród drzew) Linde wyraża tu za pomocą krótkich dialogowych scen, które właśnie przez oszczędny język wydają się bardziej sugestywne.
     
    Świetna, paraboliczna opowieść o życiu i śmierci, o dorastaniu i o bólu rozstania, o radości z życia i fizyczności ubierania. 

     

    Jeśli kogoś interesuje nie tylko sama książka, ale też to, na jak wiele sposobów można chwytać literaturę, zachęcam do lektury innych recenzji z książki Linde. Rozmawialiśmy o niej w programie „Koło kultury” w Radiu Kraków z Jarosławem Czechowiczem (tu tekst i Marcinem Wilkiem (tu tekst). Ale każde z nas zobaczyło w niej coś zupełnie innego. 
  • Najlepszy w piciu

    Grzegorz Franczak, Kobierki
    Lokator 2014

    W kuchni drezno i stalingrad: na podłodze tłuczeń z butelek i szklanek, resztki pizzy, reszta spleśniała w piecu (…). Papiery porozrzucane, drzwi na balkon otwarte, zimno jak w psiarni. 

    Ten krajobraz po bitwie to obraz otwierający konfesyjną powieść Franczaka o osuwaniu się i wychodzeniu z alkoholizmu. Powieść intrygującą, choć w równym stopniu irytującą.

    Bohater – prawie 40-letni Bobi – pracuje na włoskim uniwersytecie, wykłada literaturę polską i przeżywa głębokie kryzysy duchowe: a to rozstanie z długoletnią narzeczoną, a to własne wewnętrzne burze. Zagryza się, pogrąża w piciu, rozbija drugi związek. W końcu decyduje się na odwyk i wraca do Polski. Całą terapię odbywa w Kobierzynie i czas jej trwania wyznacza tutaj zasadniczy czas opowieści, uzupełniany licznymi wspomnieniami.

    Choć to powieść debiutanta, to nie zawiera ona nieporadności i błędów właściwych juveniliom. Franczak − jak jego bohater, jest pracownikiem naukowym, polonistą, więc jego świadomość formy i języka wykracza poza zdolności debiutanta. Narracyjny ciąg alkoholowy zostaje tu przerwany i zastąpiony ciągiem zwierzeniowym i rozliczeniowym. Strumień świadomości, histeryczne poszukiwanie błędu w sobie zostaje tu ujęte w uporządkowaną, zwartą formę pisemnych ćwiczeń, jakie narzucają organizatorzy terapii: od powodów przyjścia na odwyk do perspektyw, jakie czekają po zakończeniu terapii.

    W poniedziałek piszę zadanie czwarte. Nie przypuszczałem, że tyle mnie to będzie kosztowało. Myślałem, że po życiorysie będzie z górki na pazurki. A tu jak zejście ze szklanej góry bez raków na butach. Powoli. Mozolnie. I ciągły strach, że spadnę.   

    Autor Kobierek nie spełnia jednak obietnicy, którą składa czytelnikowi. Powieść ta bowiem obiecuje, że pokaże całkowity upadek bohatera. Mamy zobaczyć człowieka na dnie, kogoś, kto staje w obliczu pustki, nie ma nic. Tak się jednak nigdy nie dzieje, bo Franczak wciąż pokazuje Bobiego jako prawdziwego kozaka, gieroja.  Zawsze (nawet w piciu) jest najlepszy, w szkole najpilniejszy, na pracy najbardziej się przykłada, ma najmocniejszą głowę. On jest też najbardziej winny rozpadom swoich związków, on najbardziej przeżywa terapię, on najmocniej dręczy się swoim upadkiem. Nigdy jednak nie porzuca maski – kryguje się na sportowca, namiętnego kochanka, niewdzięcznego, oziębłego syna. Jedna maska ustępuje drugiej, ale Bobi wciąż przekonany jest o swojej wyjątkowości, przeżywający własną intensywność, zadowolony ze swojego sangwinicznego usposobienia.  A czytelnik cały czas czeka na kogoś, kto dotarł do ściany, stanął na krawędzi. Jego wyższość wobec otoczenia nie znika nigdy, bo nawet po zakończeniu terapii doradza innym, traktuje ich z góry, w sposób pryncypialny poucza i komentuje ich decyzje. Ta nieumiejętność postawienia bohatera wobec kompletnej nagości życia sprawia, że nie udaje się tu zarysować alkoholowego dna, które zamierzał przedstawić autor.

    Gdy już, już w zakończeniu pojawia się szansa na tak pożądaną konfrontację z samym sobą, z pustką, gdy bohater kończy terapię, spotyka się z ukochaną Ri., która odeszła do innego mężczyzny, Franczak nie rozwija tego wątku, bo musi zrealizować zaplanowane przez siebie zakończenie, w którym przeprowadza polemikę z Pilchem i rozwiązaniem fabularnym w jego Pod mocnym aniołem. Bo o ile u Pilcha od alkoholizmu ratuje miłość, o tyle u Franczaka nie ma szans na taki happy end, bo – jak głosi zasadnicza teza tej powieści – nie ma żadnych zewnętrznych okoliczności łagodzących dla alkoholizmu i nie ma też żadnych zewnętrznych czynników, które wyjście z niego umożliwiają. Wszystko zależy od jednostki, od jej uporządkowania, siły psychicznej, woli życia.

    Być może nie dość nisko jeszcze upadłem. Może upadania i upadlania nie dopełniła się miara. Jakbym chciał raz jeszcze dotrzeć do krawędzi i kurczowo się jej uchwycić. Doczołgać się tam, gdzie nie ma pytań. O sens. O cel. Żadnych „po co” i „po kogo”. Żadnych wydumanych „w imię czego” i „proszę ja kogo”.  
     Mocne, konkretne, ale jakoś mnie nie ujęło. Za dużo tu Franczaka-pisarza, a za mało autentyku.