Tag: literatura dla dzieci

  • Przed twoim urodzeniem

    Rascal, Mandana Sadat, Przed twoim urodzeniem
    Wydawnictwo Czerwony konik 2016

    Tym razem polecam książkę, którą przełożyłam na język polski. Świetna historia dla maluchów. O tym, co nas na ten świat sprowadza:

    Przed twoim urodzeniem zrobiłem ludzika z kamyków, ale porwał go strumień. Zrobiłem ludzika z piasku, ale zmyło go morze. 

    Pewnego dnia poznałem twoją mamę i razem zrobiliśmy ludzika z miłości. 

     

  • Najczulszy uśmiech

    Najczulszy uśmiech

    To jedna z takich książek, które po prostu są, nie ma w niej żadnych pouczeń, nie służy żadnym domowym interwencjom, nie pomaga rozwiązywać kłopotów rozwojowych, ani nie oswaja lęków.

    Poprzednią książkę duetu Wechterowicz & Dziubak umieściłam w rankingu najlepszych dziecięcych książek, warto więc przeczytać i tę. O ile historia dwóch niedźwiedzi to męska przygoda, bo w świat idą przytulać miś-tata i miś-syn, o tyle „Uśmiech dla żabki” to przygody mamy i córki. Podobnie jak „Proszę mnie przytulić” to szalenie optymistyczna opowieść o sile miłości. Mama żabka pracuje w leśnym sklepie, córeczka czeka na nią na liściu nenufaru w stawie. Stęskniona mama prosi, żeby zwierzęta przekazały córce uśmiech i tak po lesie wędruje mnóstwo roześmianych – miłośnie uśmiechniętych zwierząt. Każde z nich przekazuje uśmiech dalej, od mamy odebrał go Bóbr, przekazał kolejnemu zwierzakowi, a do córki dociera dopiero Kaczka. Żabia mama poprawia zatem nastrój nie tylko własnemu dziecku, ale i innym zwierzętom, które stają się bardziej radosne, szybsze, zwinniejsze, lżejsze…

    To jedna z takich książek, które po prostu są, nie ma w niej żadnych pouczeń, nie służy żadnym domowym interwencjom, nie pomaga rozwiązywać kłopotów rozwojowych, ani nie oswaja lęków. To zabawna, bardzo czuła opowieść o miłości. Prosta fabuła, uśmiech przekazywany przez kolejne zwierzęta dalej nawiązuje do jednego z modeli klasycznej bajki dziecięcej (powtarzania tego samego motywu poprzez jego rozpisywanie na różnych bohaterów), posłuży więc kolejnym rocznikom, nie ma w niej bowiem niczego, co mogłoby się postarzeć.

    Morał z tej książki jest bardzo pozytywny, słodki i zarazem bardzo gorzki: stanowi marzenie każdego z rodziców. „Mama mnie bardzo kocha, już nigdy nie będzie mi smutno” – mówi mała żabka. Cóż, to właśnie największe pragnienie rodziców, niestety okres, gdy dziecku do szczęścia wystarczy ich miłość, trwa dość krótko…

  • Co tak burczy?

    Co tak burczy?

    W tej historii nie znajdziemy najbardziej przerażającego zdania, które słyszeliśmy w dzieciństwie: „Nie wstaniesz, dopóki nie zjesz”.

    To kolejna już świetnie zrobiona książka Oli Cieślak, dowcipna, pouczająca i dobrze narysowana. Nie ma tu żadnych realistycznych ilustracji, mnóstwo za to rozwichrzonych, pozornie tylko niedopracowanych linii. Cieślak daje nam nowoczesną książkę dziecięcą.

    „Co tak furczy? Co tak burczy?” – pyta mały słoń. Chodzi oczywiście o burczenie w brzuchu, o głód, a tym samym o uczenie się o tym, co można zjeść. Autorka pokazuje jedzenie jako przygodę, a nie smętne przedszkolno-domowe medytowanie nad talerzem. W tej historii nie znajdziemy najbardziej przerażającego zdania, które słyszeliśmy w dzieciństwie: „Nie wstaniesz, dopóki nie zjesz”. Słoń i myszki codziennie zjadają coś innego. Jest to jadłospis egzotyczny, ale tylko na poziomie językowym. W środę zwierzątka spożywają renklody, w czwartek – radamer, w niedzielę – pavlovą. Cieślak pokazuje zatem, że jedzenie jest zabawne i ciekawe, nawet jeśli jemy ser żółty, śliwki albo tort z owocami i bezą. Na koniec: „Nie do wiary! Po tygodniu poluzować muszę spodium. Z taką dietą każdy zuch w tydzień wyhoduje brzuch!”. Cieślak przypomina, że za każdym daniem stoi jakaś historia, z każdą wiąże jakiś rymowany, prosty wierszyk, który wpadnie w ucho dwulatka-niejadka.

    To ważne, żeby dzieciom jedzenie nie kojarzyło się z tym, co nudne, żeby nie czuły się do niego zmuszane. Cieślak demokratycznie łączy w swojej książeczce to, co zdrowe (pomidorki ze szczypiorkiem) i to, co atrakcyjne (pizza, frytki), to, co dla dorosłych (camembert) i to, co dla dzieci (manna z miodem). Powstanie z tego książka-kuchnia fusion dla najmłodszych na grubych kartonowych stronach.

  • Będę cię chronił, czyli jak zaakceptować młodsze rodzeństwo

    Będę cię chronił, czyli jak zaakceptować młodsze rodzeństwo

    Wśród dydaktycznych książek dziecięcych ważne miejsce zajmuje pewna wyraźna grupa tematyczna: książki przygotowujące na pojawienie się młodszego rodzeństwa.

    Problem ważny, źle rozwiązany powoduje poczucie odrzucenia, istotne jest więc znalezienie takiego tekstu, który oswoi zagadnienie, jakoś się przybliży. Kłopot z tym tematem polega jednak na tym, że szalenie trudno jest w interesujący sposób przedstawić powiększenie rodziny, narodziny jakiegoś młodszego zajmującego dorosłych potwora. Autorzy większości książek przynudzają albo dramatyzują – nadzwyczaj często dostajemy opowieść o tym, jak fantastycznie jest być starszym, że można dzielnie zajmować się kimś młodszym, pomóc rodzicom w opiece nad małym, płaczącym bobasem. Żadne rozsądne dziecko nie da się uwieść liście obowiązków! Tylko wyjątkowo tępym dorosłym, pozbawionym wyobraźni albo elementarnych wspomnień z dzieciństwa może się wydawać, że takie przesłanie zainteresuje nieszczęśliwych posiadaczy młodszego rodzeństwa. W innych tekstach problem rodzeństwa zostaje rozwiązany w wątku dramatycznym: starszy brat może się wykazać, uratować malucha z opałów, z prawdziwej katastrofy (wszyscy, którzy czytali tom Tupcio Chrupcio. Mam rodzeństwo wiedzą, o co chodzi). Nie jest to specjalnie praktyczne rozwiązanie: choć większość rodziców, zajmując się noworodkiem i zazdrosnym starszym dzieckiem, marzy często o trzęsieniu ziemi, to jednak nie ma co na nie liczyć w prawdziwym życiu.

    Wszystkich tych mielizn unika najnowszy tom przygód Henia. Stephanie Blake nie tylko pokazuje, jak czuje się każde starsze dziecko (zazdrosne, ale i niepewne miłości rodziców), ale i pokazuje w bardzo atrakcyjny sposób, jakie są korzyści z posiadania młodszego rodzeństwa. Nie ma tutaj przepływu dobra od starszego do młodszego (czyli wiecznego powtarzania, że jesteś starszy i MUSISZ się opiekować młodszym), a dokładnie odwrotny. Henio nie może spać w nocy, bo boi się „tysięcy milionów wielkich złych wilków”. Rodzice nie pozwalają mu się wdrapać do ich łóżka i Henio w korytarzu słyszy swojego młodszego brata. Zabiera go do swojego łóżka i dzięki obecności małego zasypia spokojnie, „głupi dzidziuś” chroni przed koszmarami. Takie proste rozwiązanie pozwala pokazać, że starsze rodzeństwo opiekuje się młodszym, ale też coś dzięki temu zyskuje. Nie ma tu żadnych słodkich, ale i okrutnych deklaracji, żadnego przymusu.

    Każda z książek cyklu zawiera jedną ilustrację składającą się z wielu mniejszych obrazków. W tym tomie, na tej właśnie stronie rozpisane są wątpliwości Henia: „Jest już u nas trzy dni… Może zostanie na zawsze… To straszne…”. Skrótowość pozwala osiągnąć dwa cele: z jednej strony mały czytelnik odczuwa wspólnotę losu i doświadczenia, utożsamia się z Heniem, z drugiej jednak – nie ma tu miejsca na długi i plastyczny opis nieszczęścia (co jest kolejną winą innych książek o młodszym rodzeństwie, rozbudowujących nadmiernie tę część ekspozycji, która poświęcona jest niepokojom starszaka).

    Stephanie Blake, autorka kontrowersyjnego Kupa siku i tym razem nie jest grzeczna. Henio mówi o swoim bracie „głupi dzidziuś”, co nie wszystkim rodzicom się spodoba. Sądzę jednak, że korzyści, jakie daje ta książka, jej pogodny nastrój, a nawet jej buntowniczy charakter świetnie pozwalają oswoić traumatyczne doświadczenie.

  • Dzieci to koszmarne zwierzątka domowe

    Dzieci to koszmarne zwierzątka domowe

    Lucyna Beata Niedźwiedzińska, mała misia, przyprowadza do domu chłopczyka o imieniu Piskacz, który staje się jej najdroższym zwierzątkiem domowym. Razem się bawią, wspólnie śpią i jedzą, Piskacz jednak ma radykalny kłopot z załatwianiem się do kuwety, niszczy meble i nie potrafi zachowywać się przy gościach.

    Tak oto Peter Brown odwraca relację człowiek – zwierzę, stawia w centrum Lusię w różowej spódnicę baletnicy. Pomysł opiera się więc nie tylko na odwróceniu ról, ale i zmianie w hierarchii. Mały chłopiec – Piskacz zostaje zepchnięty do roli niższej, spełnia funkcję domowej zabawki. To szalenie zabawna książka, zrozumiała nawet dla małych dzieci, jej dowcip opiera się bowiem na niezwykle prostym zabiegu, oczywistym nawet z perspektywy maluchów. Piskacz obciążony jest wadami większości zwierząt domowych: zdziera oparcie z kanapy, zachowuje się dziko w pomieszczeniach zamkniętych.

    Chłopczyk w końcu jednak znika i Lusia musi wyruszyć na poszukiwania. Historia ta pozwala zatem oswoić doświadczenie zmiany i samotności, separacji, ale też daje szansę, by uczyć się panowania nad instynktem posiadacza, który wszystkie napotkane zwierzęta nakazuje zabrać do domu. Staje się też niezłą okazją do rozmowy o tym, co należy, a czego raczej nie wypada robić. Nie ma tu moralizowania, nadętych formułek o grzecznych dzieciach, bo wszystko mieści się w ramach żartu, w którym „dzieci to najgorsze zwierzątka domowe”.

    To także świetna historia dla rodziców-intelektualistów: można ją czytać jako subwersywną opowieść o tym, jak władzę nad dyskursem przejmują udomowione zwierzęta, do tej pory pozbawione głosu.

    Lekka, urocza lektura. Bardzo optymistyczna także dla sfrustrowanych rodziców, bo pokazuje, że pomimo wszelkich starań dziecka nie da się do końca udomowić.

  • Książka bez słów

    Książka bez słów

    Coraz bardziej popularne są u nas ostatnio dziecięce książki bez słów, pozwalające swobodnie budować opowieść, śledzić różne wątki rozwijające wyobraźnię, wspierające kreatywność dzieci i ich spostrzegawczość (niestety te książki wymuszają też kreatywność rodziców, o którą po 8-10 godzinach pracy czasem trudno).

    W ciągu kilku lat książki obrazkowe wydały Babaryba, Zakamarki, Dwie Siostry. Ciągle ukazują się kolejne pozycje tematyczne: o zwierzętach, placach budowy, autostradach, życiu w mieście, księżniczkach. Wszyscy znają Miasteczko Mamoko, czy Pory roku na ulicy Czereśniowej.

    Niedawno ukazała się książka Béatrice Rodriquez o lisie, który porywa kurę. Nie jest to jednak – jak mogłoby się wydawać – opowieść demonstrująca okrutne prawa natury, ani tym bardziej historia o mięsożercach. W przeciwieństwie do wyżej przywołanych opowieści obrazkowych, ta ma już cienkie strony, opowiada też jedną, jedyną historię.

    Lis porywa kurę z podwórka, a na pomoc jej ruszają przyjaciele: niedźwiedź, zając i kogut. Lis ucieka długo, przebiega z kurą w objęciach kawał drogi, płynie też łodzią po oceanie. Ścigające go zwierzęta siedzą mu cały czas na karku, próbują dostać się do jamy, w której ukrywa się lis, niestety miś ma za duży zad i klinuje wejście. W ostatniej scenie, gdy pościg dosięga celu i lis staje wobec silniejszego i zdeterminowanego przeciwnika, w jego obronie występuje porwana kura. Romantycy zobaczą w tej scenie miłość międzygatunkową, która rozkwitła w czasie pościgu, sceptycy dopatrzą się przykładu syndromu sztokholmskiego (można się trochę samemu pośmiać, choć lepiej tego zjawiska nie tłumaczyć dzieciom).

    Zakamarki wydały świetną, śliczną książeczkę. Historia składa się z kilku tylko stron o dość prostym rysunku. Okazuje się jednak, że każdy opowiadający dorosły przedstawia tę fabułę w inny sposób, inaczej rozkłada akcenty, a jeszcze inaczej opowiadają ją dzieci. Dla niektórych lis jest bohaterem negatywnym, część mu sekunduje, bo w końcu ścigają go silniejsi. To, że kura nie jest uciemiężoną ofiarą, najlepiej widać, gdy płyną przez ocean: lis wiosłuje, kura w okularach opala się na burcie.

    Opowiadajmy więc sobie ciągle na nowo tę historię, uczmy tolerancji w miłości i na co dzień.