Tag: justyna czechowska

  • Kwestionariusz tłumaczy

    Kwestionariusz tłumaczy

    „Poeta – brzmi dumnie, autor – brzmi dumnie, tłumacz – po prostu brzmi” – pisze Jerzy Jarniewicz w swoim eseju „Tłumacz między innymi”. I przypomina o tym, że tłumacz jest niezbędnym ogniwem w łańcuchu wydawniczym, że nie da się zapomnieć o jego pracy i jego rozwiązaniach, bo to dzięki jego wysiłkowi polszczyzna staje się bardziej elastyczna, przyjmuje nowe zwroty, rozszerza się i zmienia. Jarniewicza interesuje miejsce w hierarchii, jakie powinien zająć tłumacz – czy to współautor tekstu, a może autor ale na innych zasadach?  

    W ciągu ostatnich kilku lat wydano kilka tomów rozmów z tłumaczami („Wte i wewte” Adama Pluszki, tom rozmów Zofii Zaleskiej, ukazało się też kilka esejów – książka Małgorzaty Łukasiewicz, zbiorowe wydanie tekstów z „Literatury na świecie” pt. „O nich tutaj”). Czy zmieniły one jednak świadomość czytelnika na temat tłumaczenia? Zastanawiałam się nad tym i poprosiłam wielu tłumaczy, by wypełnili kwestionariusz z kilkoma prostymi pytaniami. Ich status w hierarchii życia literackiego przekłada się przecież też na warunki ekonomiczne, jednak „awans” finansowy na tym polu nie jest duży. A może jako awans należy rozumieć dostęp do lepszych tytułów? Możliwość wyboru ciekawych pozycji? A jak wygląda układanie kalendarza? Bo przecież polski rynek wydawniczy ma krótki oddech i wszyscy chcą mieć książkę na wczoraj – w przekładzie to raczej niemożliwe.

    W tym kontekście ciekawi mnie najbardziej los tłumaczy z języków mniejszych: tzn. każdego innego niż język angielski. Jak ich warunki pracy różnią się od tych, w jakich pracują angliści? O ile tłumacze z „mniejszych” języków mają do zagospodarowania stosunkowo wąskie pole, o tyle tłumacze z angielskiego zmagają się z najniższymi stawkami i największą konkurencją, często także najmniej profesjonalną, „bo angielski każdy zna”. 

    Jak pisał Tomasz Warczok w 2015 roku (ale w oparciu o dane z 2013 r.), tłumaczenia stanowią w Polsce 19% rynku wydawniczego, przy czym więcej przekładów wydawano w nurcie literatury popularnej niż „literatury pięknej” (kryminały 71% przekładów, podczas gdy przekłady to tylko 48% literatury wysokiej). W tej dziedzinie rządzi angielski – 59%, tuż za nim francuski i niemiecki, ale rozrzut jest ogromny, bo oba te języki dają w sumie 16%!

    Zapraszam zatem do lektury, zobaczmy, co tłumacze mają do powiedzenia po kilku latach walki o dostrzeżenie i uznanie.

    Na pierwszy ogień – Justyna Czechowska, tłumaczka z języka szwedzkiego i norweskiego, prezeska Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, animatorka kultury, autorka artykułów, antologii i wywiadów. Współzałożycielka Fundacji na rzecz Badań Literackich i Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Przełożona przez nią książka Kristin Berget „Der ganze Weg” znalazła się w finale drugiej edycji konkursu Europejski Poeta Wolności. Laureatka Nagrody im. Wisławy Szymborskiej za przekład poetycki w 2018 roku (tomu „Przejdź do historii” Linn Hansen). Od 2015 r. współtworzy program Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu”.

    Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz – Justyna Czechowska

    Metryczka:

    1. Od ilu lat tłumaczę?

    Debiutowałam w 2004 roku. 2.

    2. Czy to moja główna działalność i źródło dochodu?

    Od pięciu lat, tak.

    Kwestionariusz:

    • Swoją pierwszą książkę przełożyłam…

    Czy to jest pytanie o mój „mit założycielski”? Bo dla mnie ważniejsze były pierwsze tłumaczone wiersze, nie przetłumaczone, a tłumaczone właśnie, bo to był proces, który wcale nie doprowadził do publikacji. Mój debiut translatorski to opowiadanie Stiga Dagermana „Tysiąc lat u Boga”  opublikowane w kwartalniku FA-art. Pierwsza książka pojawiła się kilka lat później.

    • Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Przedpołudnie to dla mnie najbardziej twórcza część dnia. Domownicy wychodzą do pracy i do szkoły, ja robię sobie drugą kawę, siadam do komputera i intensywnie pracuję przez kilka godzin. Co drugi dzień staram się przed pracą wyjść na dłuższy spacer. Jeśli książka wymaga większego skupienia lub czytania na głos, blokuję wszelkie środki komunikacji. Najczęściej jednak odbieram telefony i między akapitami odpowiadam na maile.

    Inaczej jest z poezją i prozą poetycką, te tłumaczę wszędzie i zawsze. Całymi dniami powtarzam w głowie jedno zdanie, nie ważne, idąc, jadąc, gotując. Budzę się w nocy i wstaję, żeby zapisać jakieś słowo. Wciąż tylko o tym mówię. Szukam inspiracji w innych książkach, czytam to, co czytają moje autorki i bohaterki, oglądam ich filmy, słucham słuchowisk i wywiadów. No, nieźle się wkręcam.

    • Autor, którego się boję…

    To miałby być taki, którego boję się przełożyć? Nie udaję przed sobą, a tym bardziej nie chciałabym udawać przed czytelnikiem, jeśli uznam, że nie podołam tekstowi albo że ktoś inny zrobi to lepiej, nie tłumaczę go.

    •       Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Coraz lepsza, szczególnie jeśli chodzi o widoczność. Przez ostatnie lata zaczęły nas doceniać media i gremia rozdające nagrody. W Gdańsku powstał festiwal Odnalezione w tłumaczeniu, podczas którego tłumacze rozmawiają o przekładzie literackim, cztery edycje pokazały, że zainteresowanie naszym zawodem rośnie. Organizowany od dziesięciu lat w Warszawie Międzynarodowy Dzień Tłumacza (30 września) przyciąga grubo ponad stuosobową publiczność. To się rzadko zdarza na imprezach literackich. Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury, które w tym roku będzie obchodzić dziesięciolecie swojej działalności, może się pochwalić wieloma wspaniałymi akcjami: od czterech lat przyznajemy nagrodę Lew Hieronima dla najbardziej przyjaznego tłumaczom wydawcy. Nasza różowa przypinka z napisem „Szekspir nie pisał po polsku” jest hitem każdych Targów Książki. STL jest członkiem CEATL, europejskiej organizacji zrzeszającej stowarzyszenia tłumaczy, okazuje się, że pod wieloma względami przodujemy w porównaniu z tłumaczami w Europie. W ostatnich latach wiele naszych nazwisk pojawiło się na okładkach książek. Niestety, wciąż zarabiamy kilkakrotnie mniej niż nasi koledzy we Francji i Niemczech, a umowy proponowane przez większość polskich wydawców pozostawiają wiele do życzenia.

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Kiedy tłumaczę powieść, która niespecjalnie folguje sobie w szwedczyźnie, to i polszczyzna niewiele na tym zyska. Zdarzyło mi się natomiast tłumaczyć prozę poetycką i poezję, gdzie coś się dzieje w języku, w wyobraźni i pamięci autora, wtedy jego/jej wyobrażone i zapamiętane, czy dlaczego nie przez niego/nią zapomniane, zostaje zapisane w jakimś języku, który trudno posądzać o jakąkolwiek przynależność narodową. Nie wiem, czy to jasne, ale zdarza mi się słyszeć, co autor mówi i ja to chcę tak samo powiedzieć po polsku, czy raczej tak, żeby polski czytelnik poczuł to samo, co ja podczas lektury oryginalnego tekstu. Wtedy rzadko myślę o tym, co na to słowniki i strażnicy poprawności językowej. Jeśli autor zrobił coś niezależnie od słowników, to i mnie wolno.

    Chcę wierzyć, że to, co najczęściej zdarza się w przekładzie to poszerzenie desygnatów. Że dzięki Tove Jansson język polski inaczej niż wcześniej wyobraża sobie „morze”, „wyspę” czy „archipelag”. Że dzięki Idzie Linde krajobraz północnej Szwecji zaistniał inaczej w języku polskim. Nie mówiąc o Linn Hansen, której poemat namieszał, choćby na moment, w znaczeniu słowa „historia”.

    • Jak to jest być tłumaczem z „małego” języka w Polsce?

    Hmm, nie mam porównania, bo tłumaczę tylko z jednego języka, w dodatku nie wiem, czy wciąż tak małego, jeśli przyjrzeć się ilości przekładanych tytułów. Literatura szwedzka to po angielskiej, hiszpańskiej i francuskiej jedna z najczęściej tłumaczonych na polski literatur. Na pewno mam więcej pracy i więcej, że tak powiem, pola do popisu niż moi koledzy i koleżanki w Szwecji tłumaczący z polskiego. Niestety, efektem ubocznym wielkiej popularności szwedzkiej literatury na świecie jest coraz węższy rynek przekładów w Szwecji. Z rzadka ukazuje się tam polski tom wierszy lub książka historyczna, ostatnio udało się opublikować Nałkowską i Schulza. Podczas, gdy ja mam czasem pięć, czasem siedem książek rocznie.   

    • Tłumaczowi nie wolno…

    Zapominać o kręgosłupie, to bardzo cenne narzędzie pracy.

    • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Wsłuchać się w jego oddech i bicie serca, dotrzymać mu kroku…

    • W przekładach innych szukam…

    Genialnych rozwiązań i inspiracji.

    • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

    Przepraszam, nie rozumiem pytania.

  • 5 najlepszych książek na koniec lata

    5 najlepszych książek na koniec lata

    Zanim nas dopadnie melancholia końca lata i wszyscy będziemy czytać opowiadania Iwaszkiewicza. Albo też zanim dopadnie nas biegunka wydawnicza towarzysząca jesieni i targom książki, do lektury poleca się najlepsze książki, które ostatnio się ukazały:

     

    1. Krzysztof Kamil Baczyński, Ten czas. Wiersze zebrane, wyd. Prószyński i S-ka – zupełnie inaczej czyta się Baczyńskiego, gdy popatrzymy na nie przez pryzmat jego żydowskiego pochodzenia. Nagle okazuje się, że nie chodzi tylko o dylematy moralne, ale też o głębokie poczucie obcości. Na okładce pojawia się wyświechtana fraza o „tragedii pokolenia” – cóż, ta książka pokazuje inny wymiar tej tragedii. Bolesna lektura.
    2. Andrzej Bursa, Dzieła (prawie) wszystkie, wyd. Znak – nie wiem, jak to uzasadnić, bo za każdym razem, jak sięgam po tę książkę, żeby znaleźć jakiś konkretny powód, tekst mnie wciąga i nie pamiętam, dlaczego zaczynałam czytać.
    3. Louis Edouard, Historia przemocy, Pauza (przekł. Joanna Polachowska) – o gwałcie, poniżeniu, kompleksie ofiary. Nie ma znaczenia, że dotyczy środowiska homoseksualnego, ale w Polsce powinna ta powieść zadziałać jak pigułka przeczyszczająca.
    4. Katarzyna Wiśniewska, Tłuczki, wyd. Nisza – o przemocy w rodzinie, pedofilii, podporządkowaniu. Trudna powieść o reprodukowaniu schematu ofiary w ramach jednej rodziny.
    5. Ebba Witt-Brattstrom, Miłosna wojna stulecia, wyd. Lokator (przekł. Justyna Czechowska)  – o rozpadzie małżeństwa z długim stażem. Poemat/dramat o poniżeniu, samotności, nienawiści i pogardzie. Przygnębiająca historia o tym, jak rozchodzą się inteligenci.

    Zdjęcie:  Kinga Cichewicz on Unsplash

  • Matki i języki są do siebie podobne

    Matki i języki są do siebie podobne

    Debiutancki tom poezji Atheny Farrokhazd to połączenie wściekłego ataku na dyktaturę, pełnej żalu opowieści o imigracji, refleksji o języku, który kłamie i zaciemnia oraz historii rodziny szukającej swojego miejsca.

     

    Athena Farrokhzad, Cykl biały

    przeł. Justyna Czechowska

    Lokator 2018

     

    Trudno wyliczyć, ile wątków mieści się w dość niewielkim tomie poetyckim młodej, urodzonej w 1983 roku poetki. Farrokhzad pochodzi z Teheranu, ale większą część życia spędziła w Szwecji, tam wykłada creative writing i pisze do „Aftonbladet”. Justyna Czechowska przełożyła na język polski jej debiutancki tom, który ukazał się w 2013 roku, a w międzyczasie został przetłumaczony na angielski i przerobiony na sztukę teatralną. Właściwie wystawienie Cyklu białego na scenie nie wymagało większych zmian – bo cały ten tom nie składa się z tradycyjnie rozumianych wierszy, ale właśnie z fragmentów wypowiedzi, które balansują na granicy liryki i dramatu. Kolejne fragmenty to wypowiedzi poszczególnych osób, członków jednej rodziny: matki, ojca, brata, babki i wuja. Głosu nie zabiera tylko ta postać, do której kierowane są te słowa, córka, dość boleśnie przeżywająca relację z matką:

    Matka mówi: Napisz tak

    Matki i języki są do siebie podobne

    Nieustannie o wszystkim kłamią

    Ich język pozbawiony jest metafor, ale wcale nie posługuje się plastyczną dosłownością. Przeciwnie, Farrokhzad używa niejednoznacznego obrazowania, wprowadza szereg scen i nawiązań symbolicznych, w zawoalowanej formie mówi o wojnie, torturach, zabijaniu przeciwników politycznych, strachu i terrorze, na którym opiera się dyktatura. To przed nią ucieka rodzina, to jej ofiarami byli rodzice i wuj.

    Ojciec mówi: Ile zniesie ludzki tłuszcz

    Nim uderzenia batem się utrwalą

    Ojciec mówi: Jeśli zapomnisz alfabet

    Znajdziesz go na moich plecach

    Ich doświadczenie przechodzi na młodsze pokolenie, wojna dotyka brata i główną narratorkę jako pamięć starszych, wszyscy odczuwają te same lęki, bo są świadomi trwałości przemocy i nietrwałości pokoju. Zasadniczą funkcją tego świata staje się wojna, przemoc.

    Brat mówi: Jedyny język

    w którym możesz potępić napastnika to język napastnika

    w język napastnika to język powstały po to

    by usprawiedliwić napaść

    Autorka nie kryje się tu ze swoim cynizmem – to pierwszy właściwie rodzaj ataku na zachodnią cywilizację:

    Wuj mówi: Wojna nigdy się nie skończyła,

    Po prostu przestajesz być jej ofiarą

    Farrokhzad krytykuje Zachód za obojętność na konflikty i dyktatury umacniające się poza Europą, a także za nieszczerość, niezdolność do przyjęcia przybyszów spoza pierwszego świata. Z kolei Wschód powraca w koszmarnym wspomnieniu ojca i wuja jako przestrzeń podporządkowania, służalczości, tortur i manipulacji władzy. Nie ma zatem bezpiecznego miejsca, nie ma żadnej przestrzeni, która uratowałaby od cierpienia, jakie zadaje własna pamięć.

    W głosach tych trzech pokoleń imigrantów powraca zarówno tęsknota za utraconą ojczyzną, jak i lęk przed krajem, do którego uciekają, widać niemożność odnalezienia własnego miejsca, pogardę i równocześnie lęk wobec otoczenia. Farrokhzad pokazuje to, o czym imigranci mówią rzadko: stałe uczucie, że nie jest się u siebie, niechęć, która płynie z otoczenia nawet w tak otwartym państwie, jak Szwecja. Bardzo mocna, polityczna książka, silny kobiecy głos.

     

    Zdjęcie autorki: fot. Khashayar Naderehvandi, wydawnictwo Lokator.

  • 5 powodów, dla których koniecznie trzeba sięgnąć po Agnetę Pleijel

    5 powodów, dla których koniecznie trzeba sięgnąć po Agnetę Pleijel

    1. Bo opisuje doświadczenie dziewczęcego dzieciństwa jak dzieciństwo uniwersalne – bolesne, pełne zmagań z własnym ciałem, szkołą, rodziną, otoczeniem – prawdziwy Bildungsroman.
    2. Bo fantastycznie pisze o zderzeniu świata dzieci ze światem dorosłych – z niezwykłą precyzją potrafi za pomocą kilku zdań i scen zarysować przepaść między tymi światami: Nie po raz pierwszy rozumie, że dorośli przemilczają nieprzyjemne sprawy. W ten sposób zmuszają również dzieci do kłamstw i udawania. Najbardziej milczy się o sprawach płci. Usta i organ płciowy są ze sobą powiązane. Są niechronionymi otworami wprost do wnętrza ciała.
    3. Bo to genialna powieść o samotności we wszystkich jej wymiarach: Pobyt w szpitalu uświadamia jej, że świetnie sobie bez niej radzą. Czyżby jej nie chcieli? Dziecko, które z jakiegoś powodu wystawiło się na odrzucenie, staje się przymilne. Jak ja. Teraz słyszy, że mają się przeprowadzić. Tata dostał stypendium w Princenton, w Institute for Advanced Studies. Często o tym mówią, dlatego zapamiętała nazwę. Nie mówi się o niczym innym, tylko o Ameryce. Nikt nie pyta o to, jak ona się miała.
    4. Bo to powieść o sprawach najważniejszych, a rzadko poruszanych w polskiej prozie – o dorastaniu do siebie, o umiejętności określania celu i kierunku w życiu, o łapaniu kontaktu ze światem i jednoczesnym niezatracaniu siebie. To po polsku brzmi banalnie, ale Pleijel potrafi tego banału uniknąć: Odpowiada, że wybiera życie w rozpaczy, jeśli to droga do olśnienia, zachwytu i prawdy. Gdy tylko to powiedziała, wie, że jest szczera (…) Wślizguje się w nią uczucie szczęścia (…) Szczęście? To niewłaściwe słowo. Czuje, że jest rozproszona. Zebrana w sobie. Czuje, że życie zaczyna drgać (…). Być może przybycie, ale także wyżyny olśnienia. Wie, że jej wybór jest prawdziwy. To jeden z rzadkich momentów.
    5. Bo to w końcu powieść, która pokazuje, że trzeba wreszcie zmienić wartość, jaką przypisuje się terminowi „literatura kobieca”. Bo gdyby nie nasze pierwsze skojarzenia z lichymi powieściami pocieszycielsko-rozlewiskow0-owocowymi, mogłabym śmiało napisać, że to przykład doskonałej prozy kobiecej (takiej spod znaku Helbig, Iwasiów, Tokarczuk, Tulli) i postawić tu kropkę. Ale ponieważ w Polsce „literatura kobieca” ma określoną opinię, to staramy się jej nie używać w odniesieniu do tych autorek, których nazwiska podaję w nawiasie powyżej, by nie zrobić im krzywdy, nie umniejszyć ich wartości i nie odstraszyć od niech czytelników. Potem wyjmuję jedzenie i whisky. Niektórzy mówią, że piją tylko w towarzystwie. Ze mną jest odwrotnie, whisky najchętniej piję w samotności. Dość dawno zaczęłam to wszystko pisać. Zbiorę jakieś wspomnienia, pomyślałam wtedy. Będę miała nieco jasności. Nie żyją. Teraz myślę o nich głównie ciepło. Jakbyśmy z czasem stali się rówieśnikami. 

    Agneta Pleijel, Wróżba

    Katakter 2016
    Przekł. Justyna Czechowska