Tag: Jerzy Koch

  • Zespół Manna-Kocha

    Zespół Manna-Kocha

    Żeby się zamierzyć na klasykę, tłumacz musi mieć jakąś strategię – i to wcale nie wobec autora oryginału, ale wobec osoby tłumaczącej ów oryginał po raz pierwszy (albo też wobec wielu tłumaczy wcześniejszych wersji). Krystyna Rodowska, kiedy tłumaczyła Prousta, toczyła wojnę z czasem zaprzeszłym i skomplikowaną składnią francuskiego zdania, które w oryginale było konkretne, ale po polsku rozlewało się w słowiańskim braku precyzji. Jednak jej głównym przeciwnikiem był zaszyty w te zdania Boy-Żeleński – w większym stopniu walczyła z nim niż z Proustem. Inną zupełnie strategię przyjmuje w nowym przekładzie Manna jego drugi tłumacz, Jerzy Koch. Właśnie ukazał się jego przekład „Buddenbrooków. Upadek pewnej rodziny”, siłą rzeczy sięgający do przekładu z 1931 roku, autorstwa Ewy Librowiczowej. Otóż Koch, jak przyznaje we wstępie, przywołuje jej pamięć i przekład, bo nie chce jej pracy zaorać, ale upamiętnić. Inna jest oczywiście sytuacja Rodowskiej i Kocha, Librowiczowa nie miała statusu polskiego ojca literatury francuskiej, jakim cieszył się Boy-Żeleński, nie odcisnęła trwałego piętna (choć to jej tłumaczenie wznawiano wielokrotnie) i historia tego przekładu nie musi wcale zaczynać się od ojcobójstwa.

    O ile Krystyna Rodowska mierzyła się z francuską precyzją i porządkiem zdania, o tyle Jerzy Koch zmagał się z „niemiecką fałdą” – jak sam ją nazywa. Nad jego przekładem jednak nie unosi się wcale zapach naftaliny, bo cała robota stylistyczna (akcja tej powieści osadzona jest przecież w I połowie wieku XIX) odbywa się tu niejako mimochodem, wypychając na przód język współczesny, nowoczesny. Mann pisze powieść, która zapowiada krach pewnej klasy społecznej i epoki, nastrój schyłku jest tu wyczuwalny na każdym kroku, choć nigdy nie zostaje nazwany. Tymczasem Koch przychodzi z końca czasów zapowiedzianych przez powieść noblisty, mając pełną wiedzę o zdarzeniach, które Mann dopiero przeczuwa.

    Justyna Sobolewska w dużym tekście o Mannie i Kochu dla „Polityki” napisała o dwóch kościołach – wyznawcach „Czarodziejskiej góry” i „Buddenbrooków”. Cóż, z lektury „Czarodziejskiej góry” wyniosłam głównie przekonanie, że madame Chauchat trzaskała drzwiami, a panowie kłócili się na spacerach. Być może na moją lekturę wpływ miał fakt, że wzięłam tę powieść na wakacje, kiedy pracowałam bardzo ciężko fizycznie i wylegiwanie na tarasie wydawało mi się luksusową fantazją. Zdecydowanie jednak palę świeczkę w sekcie „Buddenbrooków”, okadzam współwyznawców i wysyłam im tajne znaki na spotkaniach. Ta konkretna, mieszczańska powieść, która ze środka środowiska, z perspektywy Manna, spadkobiercy owej klasy mieszczańskiej, próbuje opowiedzieć o jej stopniowym zaniku, o samolikwidacji, a także o próbach wybicia się na jakiś rodzaj nadświadomości i jednoczesnego utrzymania wysokiej stopy życiowej, przemawia do mnie sto razy bardziej niż kaszel w Davos.

     Kiedy czytam tę nową wersję, wersję, w której Manna napisał Koch nowoczesnym polskim, zdramatyzowanym zdaniem, zwracając uwagę na wszystkie kolory i tekstury,  na kłamstwa bohaterów i ich miny, to nagle otwierają mi się „Buddenbrookowie” w nowym miejscu – jako powieść o wychowaniu.

    Od pierwszej sceny, w której mała Tonia niby siedzi na kolanach dziadka, ale jednak zdaje egzamin ze znajomości Biblii na pamięć, przez przymuszanie kolejnych dzieci młodszych, starszych i ludzi całkiem dorosłych, strategie subtelne, ale też bardzo przemocowe, czytam zupełnie inną historię. Dorosła Tonia musi wyjść za mąż za zamożnego przedsiębiorcę, wybranego przez rodziców – właściwie nie ma tu specjalnego przymusu, bo po prostu buntu, niezgody, nikt nie bierze pod uwagę. Serce pęka, kiedy na zakończenie wesela Tonia pyta ojca, zanim odjedzie ze swoim mężem: „Jesteś ze mnie zadowolony, papo?”. Tak samo tresuje się synów, uczniów w szkole – łamanie charakterów odbywa się powoli, małymi krokami, aż w końcu w dorosłość wchodzą wszyscy jako ludzie wytresowani. Za pierwszym razem, jakieś 20 lat temu, nie czytałam takiej książki, nie widziałam tych wątków w „Buddenbrookach”, może ornament był za gruby, żebym zobaczyła tę historię psychologiczną, a może ja byłam zbyt młoda, żeby to zobaczyć. Who knows.

    Jakbym żyła życiem rentierskim (rozmarzyłam się w trakcie lektury Manna), to chętnie bym napisała tekst o tłumaczach i ich relacjach wobec wcześniejszych tłumaczy tych samych tytułów.  

     

    Współpraca: Wydawnictwo WAB

  • Różne głosy z Europy Środkowej

    Różne głosy z Europy Środkowej

    Cvijetić, syn Serba i Chorwatki, ma 24 lata, kiedy wybucha wojna w Jugosławii. Może dlatego właśnie większość tekstów z tej książki ociera się o wojnę, przemoc i głód. Powraca tu przekonanie o kruchości ciała, jego słabości i materialności. Czasem przybiera postać lęku o życie dziecka, najczęściej objawia się obsesją głodu – wszystko się do niego sprawdza, z niego wychodzi – nawet rama okna kojarzy się z otwartymi ustami. Matki, proszące w klasztorze o cudowne uzdrowienie dla dzieci, chudną w oczach, stają się przezroczyste. Ciało transformuje, zmienia się, poddaje – i jako takie zostaje u Cvijeticia elementem sztuki. Bo głód oraz idąca za nim troska (o cudze życie, o nakarmienie kogoś, kogo się ma pod opieką) przenoszą te wiersze bardzo często z poziomu rzeczywistości współczesnej na poziom sztuki – ale figury z obrazów, albo ich autorzy, starzy włoscy mistrzowie czy poeci XX wieku, też nie dają otuchy i pocieszenia – bo pokazuję, że głód i śmierć nie są tylko tu i teraz, czyli w Europie Środkowej, ale że są trwałe i stałe. Za nimi można się jednak trochę skryć, powiedzieć ich językiem, żeby nie obracać ciągle własnymi wspomnieniami – zdaje się, że ten chwyt Cvijetić lubi, jakby szukał odpoczynku od potyczek z własną pamięcią, a jednocześnie miał poczucie, że nie przysługuje mu prawo do oglądania piękna i spokoju, że harmonia nie jest dla tych, którzy w tej wojnie wzięli udział.
    Najważniejsze jest jednak to, że nie chodzi mu wcale o pojedynczą historię, o jedną wojnę – bo od wydarzeń z połowy lat 90. płynnie przechodzi tutaj do opowieści o migrantach, od śmierci dzieci zastrzelonych przez snajperów do dzieci tonących w morzu.
    Strasznie mocno ta książka ściska serce.

    Darko Cvijetić, Śnieg robił wszystko żeby nie spaść
    Z chorwackiego przełożył Miłosza Waligórski

    Sprawdzę, gdzie mieszka, myślę sobie, licząc na jakieś fińskie smaczki. Guzik z tego, bo Anja Erämaja mieszka w Helsinkach, a urodziła się w „Finland Proper”, południowo-zachodniej części Finlandii, gęsto zaludnionej i nadmorskiej. Wikipedia podaje tylko ciekawostkę, że na tych terenach Finowie postawili najwięcej domków letnich. OK, mówię do siebie, radź se dziewczyno.
    Erämaja cała jest taka właśnie jak taka wymykająca się, niechętna do przyszpilania, wybierania tożsamości. I nie chodzi mi tu o jej biografię – rozpiętą między karierą śpiewaczki, piosenkarki, dramaturżki i fotografki – bo po pierwszej porażce nie szukam już żadnego klucza w jej biografii. Jej poezja jest równie niespokojna i migotliwa, rozpięta między humorem i powagą, między działaniem i lenistwem, między aktem i biernością. Dla mnie jednak najbardziej interesująca jest Erämaja wtedy, kiedy rozpisuje tekst między perspektywą ludzką i nieludzką, kiedy jej bohaterowie albo ona sama transformują w inne gatunki i inne byty. Staw biodrowy porasta kołem ratunkowym, stopy wypuszczają korzenie, pod kolanami pojawiają się pomidory, ludzie poruszają się kaczym chodem, w ciemności dobrze jest nie tylko zielonemu groszkowi, ale też człowiekowi – bo może pomyśleć.
    Te kruche opisy codzienności, łapane w małe, pisane poetycką prozą fragmenty, skupione na tu i teraz, rozpadają się właśnie w momencie, gdy ciała transformują, uciekają w jakieś inne gatunki, często ptasie – albo oko patrzące na świat widzi przede wszystkim to, co żywe: jaskółkę nad domem, petunię na kursie śpiewu, opadające kwiaty w wazonie.
    Odwołania do przyrody ożywionej są tutaj w jakiś sposób uspokajające, bo osoba mówiąca, choć wykonuje tu bardzo często czynności krzątacze, to jednak mało się sama utożsamia z kobiecością i raczej poszukuje jakiejś formy innej, transowej, queerowej: nie chce wybierać między spódnicami i spodniami, woli się przebierać na scenę, wychodzić w kostiumie, który uniemożliwi jakiekolwiek jednoznaczne definicje.

    Anja Erämaja, Zapiski śpiewaczki
    Z fińskiego przełożyła Katarzyna Szal

    Tytuł tomu Hercego odnosi się do metaforyki łowieckie i oznacza czas, kiedy na można polować, bo zwierzęta rozmnażają się i wychowują młode, należy je zatem zostawić w spokoju, jeśli zależy nam na przetrwaniu gatunków. Tytuł ten jest też nieprawdopodobnie ironiczny, bo Herceg wcale nie walczy tu o okres ochronny dla ofiar patriarchatu, ale o jego kompletne zaoranie.

    Ta chorwacka poetka posługuje się instrumentarium doskonale znanym z literatury feministycznej: wprowadza postaci mitologiczne, opowiadając ich historie na nowo, uwypuklając przemoc bogów wywołaną ich odmową, niechęcią.  Dodaje jednak do mitologii greckiej postać Marii, szukając archetypowych obrazów przemocy: zwiastowanie niczym nie różni się w jej spojrzeniu od popędów Zeusa. W „Okresie ochronnym” łączą się jednak ze sobą wątki mitologiczne wraz z biografiami XIX- i XX-wiecznych badaczek, naukowczyń, składając się na nowe odczytanie całej historii kultury. „Mam zdiagnozowaną przepaść” – pisze Herceg i nie chodzi tu tylko o analizę własnej kruchej psychiki, akceptację kryzysów, ale o to, że tak jak jednostka, tak cała nasza cywilizacja, oparta na podniosłych hasłach, ma zdiagnozowaną przepaść.

    Pomimo przeskakiwania z tematu na temat Herceg tworzy bardzo spójny tom, bo większość tekstów to monologi postaci zapowiadanych w tytułach, ich głos składa się na pełną i kompleksową opowieść o marginalizacji kobiet: od mitologicznej przemocy do upośledzenia ich w procesie edukacji, do której prawo mają przede wszystkim chłopcy. Ta część jest szczególnie ważna, a mechanizmy wykluczania często jeszcze nie nazywane wprost, o czym Herceg, jako absolwentka fizyki, wie najlepiej. „Proces edukacji wypluwa ubogie dziewczynki” – pisze w jednym z tekstów.

    Monika Herceg, Okres ochronny

    Z chorwackiego przetłumaczyła Aleksandra Wojtaszek

    Najważniejszy tekst z tej książki dotyczy tutaj monologu bizneswoman nad używaną sukienką. Scena tego lirycznego monologu jest prosta: kobieta w średnim wieku pierze zużytą kieckę w kuchni, w miednicy, próbując z niej uczynić coś znacznie lepszego, luksusowego. Perły naszyte na materiał zderzają się ze szmatekstem Szyk, w którym kupiła sukienkę, dodatkowego znaczenia nabiera tu pozycja kucza i micha – niemy świadek budowania pozoru. Bizneswoman zwraca się do kobiety, która tę sukienkę mogła nosić wcześniej i opowiada o swoim życiu, o momentach rodem z „Dynastii”, ale też o dojmującej samotności.
    W literaturze bułgarskiej Iwanowa jest postacią istotną – po polsku, dzięki Magdzie Pytlak, ten głos kobiety w średnim wieku, w której gorycz i zużycie nie pozwalają na bunt, jakby się już wypalił też brzmi bardzo ciekawie, świeżo (choć cały czas pisze o zmęczeniu, zużyciu, porzuceniu). Iwanowa pisze jak nasze matki, z którymi zawsze o sprawach najważniejszych gada się tylko przy użyciu małych konkretów. Nagle śmierć staje się oczkiem, które idzie przez skarpetę, siwe włosy są tak słabe, że nie da się za nie samej podciągnąć do góry, starzenie się jest chłodem, twarz staje się mapą przemęczenia. Buty z wystawy uruchamiają kolejne tęsknoty za innymi wariantami własnego życia – zbyt wysokie, eleganckie, nieprzydatne i właśnie dlatego upragnione. Nad wszystkim tym królują zmarszczki – precyzyjna grafika funkcji trygonometrycznych z sinusoidami wyrytymi wokół ust”.
    Iwanowa pisze, jakby była sandwichem, kobiety z jej pokolenia zresztą często taką rolę spełniają – opiekunek dwóch pokoleń, starszych i młodszych. Ona jednak inaczej opisuje to zakleszczenie: pomiędzy pamięcią bliskich zmarłych i byłych a pokoleniem dzieci. Tęsknota za własnym ojcem spina się z tęsknotą za własną córką, za wspomnieniem jej narodzin i dzieciństwa.

    Milena Iwanowa, Siedem. Wiersze z biografiami.

    Z bułgarskiego przełożyła Magdalena Pytlak

    Mam kłopot z Jerzym Kochem – jest tłumaczem moją ukochaną poetkę, Antije Kroch, co oznacza, że mógłby przetłumaczyć gówno przy użyciu Google Translatora, a mnie by się to nie tylko podobało, ale jeszcze bym napisała blurb, gdyby trzeba było.

    Na szczęście Koch nigdy nie tłumaczy gówien, co jest pewną pociechą dla mojego życia zawodowego.

    Tutaj bierze na warsztat twórczość holenderskiej nagradzanej i utytułowanej poetki, z której wierszy wali takie zimno, że w trakcie lektury trzeba się owinąć w drugą bluzę. Zaczyna się klasycznie od smutku, melancholii, obawy o utratę miłości, szybko jednak okazuje się, że nie dobierzemy się do stanów emocjonalnych Van hee, że ona nas do nich nie wpuści. Każe za to obserwować krajobraz, słuchać dialogów, obserwować gesty. Van hee wykorzystuje klasyczny motyw opowiadania o sobie, ludzkich przeżyciach, doświadczeniach i lękach poprzez zapośredniczenie w świecie zewnętrznym.

    Jej fraza jest płaska, bo nie o uniesienia w pisaniu tutaj chodzi. Cała energia skupia się na maksymalnie wyciszonym ujęciu poszczególnych elementów krajobrazu lub sytuacji, by za ich pomocą zbudować historię, osadzić czytelników w scenie, doświadczeniu. Więcej tutaj dokonuje się pomiędzy słowami niż w słowach, wyobraźnia mocniej pracuje, by zrekonstruować sceny, szkicowane tylko przez Van hee i w polszczyźnie rysowane przez Kocha. Poetka tworzy tu hipotetyczne scenariusze: pustki, i osamotnienia, upływu czasu i starzenia się, silnie odczuwanej miłości i niezdolności do jej odpowiedniego wyrażania, lęku przed zmianą. Ale jednocześnie wszystko to jest nam zasugerowane, a nie wyłożone – wiele razy wraca do tych samych odczuć i obaw, jednocześnie umieszczając je w podszewce zupełnie innych scen.

    Tutaj nie ma rzeczowników abstrakcyjnych, mało jest tego wszystkiego, co w polszczyźnie kończy się na -izm, -ycja, -ość. A jednocześnie jest to książka opisująca sytuacje doniosłe, traktująca zupełnie serio pragnienie wyrażenia mechanizmów uniwersalnych. Dawno nie czytałam tak dobrze skonstruowanych historii w książce poetyckiej, jednocześnie tak odległej od nazywania i przepełnionych konkretem.

    Miriam Van hee, Utrata czasu. Wiersze z lat 1996-2022

    Z niderlandzkiego przełożył Jerzy Koch

    Arvis Viguls za to posługuje się kompletnie innym zestawem chwytów i pracuje w przeciwną stronę niż Miriam Van hee – nie znaczy to, że pisze jak poeci młodopolscy, analizujący na potęgę swoje stany wewnętrze, nie. Ciało i wszystkie jego członki są dla niego osobnym krajobrazem, którego opisanie, często w konwencji fantastycznej, napędza tę poezję. Ciała ludzkie transformują, czasem najważniejsza jest pacha, a czasem ręka ludzka na smyczy chodzi po ulicy i można obserwować jej codzienne zwyczaje, jeden chłopiec ma zamiast włosów gniazdo os, a w innym tekście para kochanków dotyka się, podwijając skórę na rękach. Ciało nigdy nie jest stałe, trwałe, nie ma tu modelu człowieka renesansowego, jego miejsce zajmują hybrydy, posthumanistyczne twory, albo części ciała uwalniają się od korpusu. Ciało ludzie stapia się z naturą, ciało staruszki wrasta w jej chatkę, człowiek łączy się z przestrzeniami, miejscami, przyjmuje do ciała – ciągle żywego – kawałki innych ciał, innych bytów. Koegzystencja rozwija się na tu na wielu poziomach i za każdym razem stanowi osobny temat, główny problem tekstu.

    Vigulsa interesują wątki posthumanistyczne, relacja człowieka i świata, ślad, który na sobie nawzajem odciskają. Jego wnioski wydają się też dość realistyczne: tu nie ma pytania, czy chcemy się zmienić, czy umrzemy. Viguls mówi: zmieniamy się już, transformujemy. Dlatego często pojawiają się tu owady i pasożyty – wcześniej uznawane za wcielenie ohydy, symbolizujące brzydotę, brud, słabość. Dzisiaj w ramach posthumanistycznej literatury należy je czytać raczej jako wzory do naśladowania, ich tempo i zakres przystosowania są modelową i zarazem jedyną szansą na przetrwanie.

    Arvis Viguls, Pchli cyrk. Poezja 2017-2020

    Z łotewskiego przełożył Piotr Ruciński

  • Kobieta i góra

    Kobieta i góra

    Końcem lata rozmawiałam z Antjie Krog, wybitną poetką z RPA, piszącą w afrikaans. Pytałam ją o wybór języka, wybór tożsamości, granicę między publicznym i prywatnym, polityczność kobiecego, starzejącego się ciała.

    Tam opowiadała o latach swojej młodości:

    Świat, w którym dorastałam jako afrykanerskie dziecko w Afryce Południowej, był jednocześnie złożony i pełny, zamknięty. Własną pozycję w nim odbierałam jako naturalną i oczywistą. Język afrikaans budził mnie w radio, napisy w afrikaans mówiły do mnie z dżemu i płatków śniadaniowych, w szkole, w autobusie wszyscy posługiwali się afrikaans. Rzeki, które przekraczaliśmy, gospodarstwa, które mijaliśmy, wzgórza, które badaliśmy, miasta, z których pochodziliśmy, piosenki, które śpiewaliśmy – wszystkie miały nazwy w naszym języku. Ten język produkował literaturę, która wydała pisarzy wielkich na skalę międzynarodową, jak André P. Brink czy Breyten Breytenbach, ale co ważniejsze – to był także język politycznych przywódców tego kraju. Prezydent i rząd posługiwali się afrikaans. Kiedy wyjeżdżaliśmy na wakacje, ojciec pokazywał nam wzgórza i równiny, gdzie dokonywała się historia: Afrykanerzy ginęli, walcząc z Brytyjczykami, walcząc z Zulusami. Czuliśmy, że ten kraj jest przez nas opłacony i naznaczony. Dlatego właśnie w latach 60. moje społeczeństwo czuło się pewnie, miało poczucie pełnej władzy, nawet wtedy, gdy podejmowało twarde działania przeciwko rewolucyjnym tendencjom wśród czarnych.

    Całość wywiadu do przeczytania tutaj:

    https://przekroj.pl/kultura/kobieta-i-gora-paulina-malochleb

    Jedyny wybór po polsku Antjie Krog ukazał się w przekładzie Jerzego Kocha w Wydawnictwie Literackim pod tytułem „Ciało ograbione” w 2017 roku dzięki staraniom Fundacji Miasto Literatury i Krakowskiego Biura Literackiego.

  • Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz tłumaczy – Jerzy Koch

    Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz tłumaczy – Jerzy Koch


    Metryczka:

    1.            Od ilu lat tłumaczę?

    Prawie od zawsze, ale się jeszcze nie wy-tłumaczyłem… A tak na serio to od pierwszego roku studiów, kiedy w pierwszym tygodniu zajęć siedziałem już w bibliotece Instytutu Filologii Germańskiej UWr i przeglądając zachodnioniemieckie pismo „Akzente”, zacząłem tłumaczyć to, co mi się podobało. Był koniec lat 70., to była jakaś indiańska poezja, z niemieckiego przekładu na polski – szaleństwo. Za sobą miałem pierwsze publikacje własnych wierszy, a redaktor, dzięki któremu miało to miejsce, Ernest Dyczek, pisarz i tłumacz literatury niemieckojęzycznej, zaraził mnie pasją tłumaczenia i obsesją przebywania między językami.

    2.            Czy to moja główna praca i źródło dochodu?

    Nie, skądże. Poszedłem ścieżką akademicką. We wczesnych latach 80. po politycznym Berufsverbot na Uniwersytecie Wrocławskim, nieoficjalnie wprowadzonym wskutek mojego zaangażowania w NZS i internowania w stanie wojennym, podejmowałem się różnych zajęć w różnych miejscach i właśnie wtedy dojrzewała myśl o tłumaczeniu literatury jako poważnym zajęciu. W ciągu tych kilku lat zacząłem już na serio tłumaczyć. Z niemieckiego i z niderlandzkiego. Ale kiedy w końcu zatrudniono mnie na niderlandystyce, a był to wtedy dla mnie szczyt marzeń, nie chciałem już rzucić ani tłumaczeń, ani nauki o literaturze i starałem się łączyć jedno z drugim. Oba zajęcia jakoś siebie nawzajem wspierały, ale też kradły czas jedno drugiemu. Pamiętam, że na przełomie lat 80. i 90. Rysiek Turczyn zachęcał nas, tłumaczy literatury niderlandzkiej zatrudnionych na uczelniach, jak Zosia Klimaszewska czy Andrzej Dąbrówka, byśmy rzucili to w diabły i poświęcili się tylko przekładowi literackiemu. On dość wcześnie się na to zdecydował, ale w przypadku literatury niderlandzkiej byłby to skok na bardzo głęboką wodę. Poza tym ja zawsze chciałem tłumaczyć tylko to, co chciałem, czyli literaturę, nie lekturę. Usługówka, do której byłbym zmuszony żyjąc z tłumaczeń, mnie nie interesowała.

    Kwestionariusz:

    1. Swoją pierwszą książkę przełożyłem…

    …były to dwie książki. Pracowałem jednocześnie nad wyborem poezji, z jednej strony, mało znanego poety flamandzkiego, z drugiej holenderskiego klasyka awangardy. Tom antwerpskiego poety Guy van Hoofa pt. „Uskok” ukazał się w 1985 roku w kłodzkiej Witrynie Artystów, inicjując bibliofilską serię poezji niderlandzkiej oraz wieloletni cykl spotkań z kulturą Niskich Krajów w Kłodzkim Ośrodku Kultury. Równocześnie przekładałem wiersze wybitnego reprezentanta Pokolenia Lat 50. w Holandii – Luceberta. Był to wspólny projekt translatorski z Andrzejem Dąbrówką i Krzysztofem Karaskiem dla Wydawnictwa Literackiego. „Szkoła amsterdamska” ukazała się w 1986 roku w serii Humanum est.

    2.            Jak pracuję? W jakim rytmie?

    W rytmie rwanym: raz zrywami, raz skoncentrowany. Oczywiście, jeśli coś mam na warsztacie. Takie rozedrganie mi sprzyja. Przekład musi się odleżeć (jak ser holenderski) czy dojrzeć (jak południowoafrykański pinotage). Tłumacz musi się oderwać od pierwowzoru i zdystansować od własnego tekstu. Z etapu zachwytu, najpierw nad oryginałem, potem zakochania, we własnym przekładzie, trzeba wyrosnąć, nabrać krytycznego spojrzenia, wtedy mottem jest kill your darlings. Czas jest twoim sprzymierzeńcem. I przerwy w pracy. I rytm.

    3.            Autor, którego się boję…

    …? Nie boję się. Ani żyjących autorów, ani nieżyjących… Do wybitnego Harrego Mulischa dzwoniłem, bo coś pokiełbasił w niderlandzkim cytacie z „Sefer Jecira” w swojej powieści z 1998 roku „Procedura” (W.A.B. 2001; 2011). Spytałem fachowców z amsterdamskiej Fundacji ds. Literatury, ale bali się podjąć z wielkim pisarzem ten temat. No to sam zatelefonowałem do niego i dostałem zgodę, abym użył w swoim tłumaczeniu jego książki polskiego pełnego (?), a w każdym razie dłuższego przekładu fragmentu tej żydowskiej Księgi Stworzenia. Kiedy pracowałem nad słynną antykolonialną powieścią Multatulego z 1860 roku pt. „Maks Havelaar” (Ossolineum – Biblioteka Narodowa 1994), znajoma poetka z Belgii skonstatowała: „No, nie wybrałeś sobie najłatwiejszego pisarza!” A ja zaskoczony tym stwierdzeniem odparłem: „Wiesz jakoś tak tłumaczę… słowo po słowie, zdanie po zdaniu, obraz po obrazie, przecież nie na klęczkach, choć to wielki pisarz…”. Musiałem jej opowiedzieć anegdotę o Janie Styce, który malując panoramę „Golgota” naprzykrzał się podobno Jezusowi swoimi modłami, aż ten zmęczony namolnością malarza miał mu się ukazać mówiąc „Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze!”. Brak strachu nie znaczy, że wszystkiemu daję radę i potrafię świetnie przełożyć, ale samo zmaganie się z oporną materią jest warte próby. Znajomy chirurg, słysząc kiedyś mój wywód o procesie przekładania, powiedział, że w takim razie tłumacz jest jak lekarz, który przecież nie ma cały czas w głowie przekonania, że ratuje życie, tylko tnie, zszywa, ordynuje, leczy, bo ma do rozwiązania konkretny problem. Refleksja przychodzi później, bo się udało, bo coś schrzaniłeś…

    4.            Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Coraz lepsza. Mimo wszelkich niedogodności, żenujących stawek, nierealnych terminów, wydawnictw oszczędzających na dobrych redaktorach i wielu innych braków. Tłumaczki i tłumacze są bardziej doceniani niż w latach 80. czy 90. Dziś wielu wydawców już się nie dziwi, kiedy oczekujesz podania swojego nazwiska na okładce, bo skoro jesteś autorem przekładu, to powinieneś też współfirmować sukces lub brać odpowiedzialność za klęskę. Poza tym: Internet! Przecież o pozycji tłumaczy decyduje także dostęp do źródeł! Warto o tym mówić. Jestem z tego pokolenia, które z maszyny do pisania, nożyczek i kleju, przeszło na komputer i edytory tekstu, więc doceniam technikę. Holendrzy od lat inwestują w digitalizację swojej literatury, słowników, czasopism – to nieoceniona pomoc dla tłumacza. U nas także wiele się zmienia pod tym względem. No i mamy na ekranach cały świat i dostęp do wszelkich źródeł. Ileż to ja się dawniej nabiegałem po informacje do bibliotek, kiedy tłumaczyłem Multatulego, do ogrodu botanicznego, kiedy przekładałem wiersze Hugona Clausa, do Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów Polskich, kiedy tłumaczyłem Margę Minco, przy innych przekładach dzwoniłem do lekarzy, rozpytywałem przyjaciół i co tam jeszcze. Mówię o przełomie lat 80. i 90., choć pierwszy tzw. komputer osobisty miałem już w 1989 roku. Zbierałem encyklopedie w różnych językach i najróżniejsze słowniki. Wiem, że aktualnym dolegliwościom tłumaczy nie ulży porównanie z przeszłością, ale temu, kto bardzo narzeka, komu wydaje się, że gorzej już nie może być, zalecam wyzerowanie sytuacji: wyłączenie prądu albo przynajmniej internetu i tłumaczenie tekstu tak przez dzień lub dwa. Będzie jak z tym szmoncesem o kozie…

    5.            Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    W takim samym stopniu co tzw. twórczość oryginalna. Zależy to rzecz jasna od inwencji autora przekładu. Ale powiedzmy sobie szczerze: tłumacze na język polski są polskimi pisarzami. Koniec i kropka! Ale jest ważny element, o którym dziś mówi się częściej niż dawniej; pisałem o tym w 1991 roku w moim doktoracie o recepcji literatury niderlandzkiej w Polsce. Po pierwsze, przekłady pojawiają się na zasadzie rozpoznawalności czy podobieństwa do dzieł literatury docelowej, albo na zasadzie obcości, a więc jako uzupełnienie jej braków, nawet jeśli nie odczuwa się tych braków (to jak z tablicą Mendelejewa, gdzie w układzie okresowym pozostawiono miejsca dla tych pierwiastków, które powinny były być, choć ich istnienia wtedy jeszcze nie potwierdzono). Po drugie, fakt, że całej tej wielkiej produkcji literatury tłumaczonej nie uwzględnia się w periodyzacji literatury polskiej, jest trwałym błędem metodologicznym polskiej nauko o literaturze. A przecież przekłady z obcych języków są immanentną jej częścią. Mój przekład wierszy poetki holenderskiej nie wzbogaca literatury niderlandzkiej, lecz polską. Tłumacze są pisarzami polskimi. Tłumaczenia są literaturą polską.

    6.            Jak to jest być tłumaczem z języków mniejszych w Polsce?

    Kiepsko. Nie chodzi tylko o tzw. mniejsze języki, ale także o popularność danego kręgu wśród polskich wydawców i publiczności, a to nie ma bezpośredniego związku z wartościami artystycznymi danego piśmiennictwa czy w ogóle literaturą jako taką. Pod tym względem obszar języka niderlandzkiego, bardzo zróżnicowany np. historycznie czy geograficznie (Holandia, Belgia/Flandria, Antyle, Surinam) i w związku z tym dość atrakcyjny tematycznie czy formalnie, nie jest u nas aż tak popularny jak, dla przykładu, Skandynawia. Zresztą kultura niderlandzka to w potocznej optyce polskiego odbiorcy przede wszystkim kultura wizualna, nie literacka. Wiele się zmienia, ale stereotypy pokutują. Czasem jednak nagle pojawia się zainteresowanie np. poezją afrikaans – jeszcze mniejszego języka z Afryki Południowej. Tutaj ważną rolę mają do odegrania festiwale literackie, które mogą i powinny zwracać uwagę także na tzw. mniejsze literatury i nie bać się wyzwań wydawniczych i artystycznych. Robi to np. Festiwal Miłosza, który zaprosił i Breytena Breytenbacha, i Antjie Krog. Obie książki autorów z tzw. małej literatury stały się u nas wydarzeniem.

    7.            Tłumaczowi nie wolno…

    Wolno. I to bardzo wiele. Tłumacz ma, że tak powiem, moralność sytuacyjną. Musi znać reguły, wybierać określone strategie, ale wolno mu je łamać, bo jest jak (każdy) pisarz artystą. Musi tylko sam rozpoznawać co, kiedy i jak. Jeśli tylko coś ma swoje uzasadnienie, wolno mu to zrobić. Ale rzecz jasna nie wolno mu nie brać za tę wolność odpowiedzialności.

    8.            Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Jest autorem. Pierwszym czytelnikiem, analitycznym, interpretującym. Przenicowuje tekst. Musi się stać tą poetką, tamtym powieściopisarzem, dramaturgiem, a potem zrzucić tę skórę, jak aktor. Jakiś czas temu w wywiadzie dla portalu Kulturapoznan.pl powiedziałem, że „Mulischem po polsku już byłem” i dlatego nie przyjąłem propozycji tłumaczenia kolejnej jego powieści, bo stylistycznie nie stanowiła już takiego wyzwania jak jego Procedura.

    9.            W przekładach innych szukam…

    Niczego konkretnego nie szukam, poza dobrą literaturą. Natomiast kiedy wyłapuję stylistyczne nieporadności, jest mi głupio – to forma tzw. zastępczego wstydu. Kiedy natrafiam na dobre czy doskonałe rozwiązania, to kibicuję, cieszę się, bo jestem pozbawiony zawodowej zazdrości; wynajduję przy okazji przykłady do moich zajęć z „Tłumaczenia Literackiego” dla studentów poznańskiej niderlandystyki.

    10.          W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

    Czasu przed i samego zabierania się za przekład. Przed pierwszym rozpoznaniem walką, kiedy jeszcze nie wiem, jak mi się polszczyzna będzie układać, zawsze jest nieznośne napięcie. Potem jest już dobrze. Świetne jest bycie w przestrzeni pomiędzy. Nie ma do niej dostępu ani mój autor, ani mój czytelnik. To moja domena. Poruszanie się od jednego do drugiego języka, to jak loty ptaka między lasem a koroną drzewa, w której dokładając drobne elementy buduje w końcu swoje gniazdo. Męczy się, ale ta praca ma sens. Swetlana Geier, tłumaczka Dostojewskiego czy Tołstoja na niemiecki, porównała translację do prasowania, tj. procesu, w którym materiał odzyskuje swoją pierwotną fakturę. Ja lubię prasować. Natomiast bolesne bywa końcowe odrastanie od oryginału, kiedy musisz mordować wszystkie swoje „darlings” i wydaje się, że tekst się wykrwawi. Ale cyzelowanie też dostarcza przyjemnych doznań.

  • Słońce rodzi krwawy żar

    Słońce rodzi krwawy żar

    Pisarz bez ojczyzny, poeta bez języka. Biały w RPA, bur w Europie. Więzień polityczny i poeta laureatus. Breyten Breytenbach

    Breyten Breytenbach, Ciało wędrowne

    Przeł. Jerzy Koch

    Wydawnictwo a5

    Breyten Breytenbach to w Polsce twórca słabo znany, ale międzynarodowa nagroda im. Zbigniewa Herberta oraz związana z nią publikacja powinna tę sytuację zmienić. W swej rodzinnej Republice Południowej Afryki, we Francji oraz Stanach Zjednoczonych to twórca rozpoznawany, ceniony z powodu zaangażowania politycznego. Nazwisko głośne także z powodu pobytu w więzieniu, z którego nie został zwolniony pomimo wstawiennictwa różnych międzynarodowych organizacji kulturalnych. Breytenbach urodził się w 1939 roku w białej rodzinie w RPA. Jego bracia zaangażowali się po stronie reżimu – jeden został wojskowym, drugi dziennikarzem. Z tej ścieżki zboczył wyłącznie Breyten, wybierając studia artystyczne, a potem wyjeżdżając na stypendium artystyczne do Francji. Ożenił się tam z Wietnamką, Yolandą, której później poświęci wiele spośród swoich wierszy. To, co z perspektywy Paryża wydawało się gestem romantycznym, w RPA miało już charakter polityczny: zawierania mieszanych małżeństw zakazywało prawo i z jego powodu Breytenbach dostał zakaz wjazdu do kraju. Pozwolono mu na krótki pobyt dzięki specjalnie wydanej przepustce w 1973 roku, pod warunkiem jednak, że odbędzie wizytę prywatną i nie podejmie żadnych działań politycznych.  Breytenbach ten nakaz złamał i w czasie wystąpienia w Kapsztadzie mówił: „My, Afrykanerzy, jesteśmy ludem bękartów o bękarcim języku. Mamy bękarcią naturę. Tak jest dobrze i pięknie. Jednak jak wszyscy bękarci powątpiewający we własną tożsamość – oparliśmy się na idei czystości. To apartheid. Apartheid jest prawem bękartów”. W tych słowach wyrażał sprzeciw wobec ideologicznych zapędów partii rządzącej, próbującej przedstawiać afrikaans jako język białych, najmłodszy język w tradycji germańskiej, a więc dokonywać jego przywłaszczenia. Dwa lata później zaangażował się w działalność nielegalnej organizacji konspiracyjnej, na fałszywym paszporcie przedostał się do RPA i szybko został aresztowany. Skazano go za działalność terrorystyczną na dziewięć lat pobytu w więzieniu o zaostrzonym rygorze, skąd wyszedł po siedmiu. Był jednym z pomysłodawców spotkań działaczy z RPA z przedstawicielami emigracyjnych organizacji wolnościowych na wyspie Gorée, które doprowadziły do upadku apartheidu. Zmiany polityczne rozczarowały jednak Breytenbacha, szybko został jednym z krytyków korupcji, nepotyzmu oraz nowej kasty politycznej pilnującej tego porządku.   Ciało wędrowne to trzeci jego wybór wierszy, jaki ukazał się w języku polskim. Wcześniej, w 1980 roku Wydawnictwo Literackie opublikowało zbiór Cały czas w tłumaczeniu Andrzeja Dąbrówki (wtedy pod pseudonimem Andrzeja Bragi). W 2016 roku, gdy Breytenbach przyjechał do Polski jako gość Festiwalu Miłosza na zaproszenie Fundacji Miasto Literatury, grupa tłumaczy przygotowała tom Refren podróżny. Wiersze wybrane. Większości przekładów dokonywano jednak na podstawie anglojęzycznych wydań poezji Breytenbacha. Z afrikaans tłumaczył tylko Jerzy Koch, który później dokonał wyboru tekstów do Ciała wędrownego i przełożył je w całości. To ważna różnica, ponieważ Breytenbach pisze w dwóch językach: w afrikaans poezję, po angielsku prozę, ale też sam przekłada na angielski część utworów, dokonując w nich rozmaitych zmian. Koch staje się głosem poezji afrikaans w Polsce – w 2017 ukazał się w jego przekładzie świetny zbiór innej znanej poetki z RPA, Antije Krog, młodszej o pokolenie od Breytenbacha wykładowczyni, także mocno zaangażowanej w działalność społeczną.  Wiersze zaprezentowane w Ciele wędrownym pochodzą z okresu późniejszego niż te, które zebrał Andrzej Dąbrówka w Całym czasie – te wcześniejsze dotyczyły przede wszystkim okresu debiutu i zaangażowania politycznego Breytenbacha, ale jeszcze sprzed jego uwięzienia. To bardzo skondensowany, wyrazisty zbiór, studium kształtowania się poetyckiego głosu Breytenbacha. Ciało wędrowne zaś prezentuje polskiemu czytelnikowi dalszą ewolucję poetycką, daje przekrój przez twórczość poety liczącego dziś prawie 80 lat. Kochowi udało się wydobyć od poety wiersz napisany do przygotowywanego dopiero tomu, pod roboczym tytułem Opieka hospicyjna. Mamy więc najbardziej aktualny wybór.

    W takim układzie wyraźnie widać poetyckie obsesje i tematy Breytenbacha, choć Koch dokonał wyboru autorskiego i nie wprowadzał tu najmocniejszych politycznych utworów. Pozostały nam zatem ślady wątków społecznych, nawiązania do przeszłości, niewolnictwa czy formowania się afrikaans jako języka bękarciego. Afryka staje się tutaj przedmiotem bolesnego wspomnienia – ból wynika z nostalgicznego wspomnienia dzieciństwa, jego urody, prostoty, szczęścia, i z myśli, towarzyszącej już dorosłemu, że wspomnienia o pięknie i harmonii oparte są na kłamstwie, nieszczęściu większej części społeczeństwa. Przeszłość to jednak inny kraj – pisze Breytenbach. Wszystkie odniesienia do przeszłości zawierają jakąś przeszkodę, utrudnienie: a to morską cieśninę, będącą jednocześnie gardłem, które chrapliwie ssie i szturmuje pływy, księżyc zamienia się w tykający zegar, nie ma powrotu i nie ma prawa do szczęśliwego i naiwnego wspomnienia. W Ciele wędrownym ważniejszy wydaje się jednak temat wędrówki. Emigracja to doświadczenie całego dorosłego życia Breytenbacha, który poruszał się pomiędzy Francją, RPA, USA i Senegalem. Wygnany z ojczyzny, sam szukał miejsca, by osiąść. Nie znalazł takiej przestrzeni ani fizycznie, ani w języku, zawieszony między afrikaans, angielskim i francuskim. Migracja staje się jego doświadczeniem artystycznym: porusza się bowiem poza ideologią, interesuje go nomadyzm jako przyrodzona cecha ludzkiego życia. Wędrówka łączy się z byciem nie u siebie, z podziwianiem świata, zawsze jest w jakiś sposób obcego, nigdy własnego. Nawet czas kojarzy się tu z ruchem, symbolizuje go żagiel. W wierszu Itaka celem wędrówki, pierwszą i ostatnią wyspą jest żona, a nie miejsce w przestrzeni. Puenta tego wiersza brzmi:

    składam ten list przez pół, żono

     i kładę, ukryty w kopercie

    utraconego początku,

    pod twoimi drzwiami

    jak powrót

    niewykonalny.

    Powrót jest niemożliwy, bo nie ma dokąd wracać, bo wszystkie miejsca w przestrzeni są sobie równe, żadne nie jest bliższe. 

    Sądzę, że z jeszcze jednego powodu należy docenić ten tom poezji: to nie tylko świetny wybór wierszy ważnego twórcy, ale także książka z gatunku najrzadziej publikowanych dzisiaj w Polsce – przekładów poetyckich ukazuje się nadzwyczaj mało. A tylko one mogą zmniejszyć dystans, jaki dzieli nas od literatury światowej.

    Tekst ukazał się w miesięczniku „Nowe Książki” 2018/11.

    Zdjęcie: Claire Brear Unsplash