Bunt wobec PRL-u realizował się na różnych płaszczyznach, wiązał się zaś nie tylko ze sztuką, ale także z uwarunkowaniami społecznymi, przybierał na sile lub słabł w zależności od wydarzeń politycznych. Kulturze, którą partia postrzegała jako podstawowe narzędzie umacniania władzy i ważny element frontu ideologicznego, narzucano obowiązek kształtowania świadomości społecznej obywateli. Automatycznie więc stawała się ona naturalnym miejscem sporu: zarówno bowiem komuniści, jak i szeroko pojmowana opozycja próbowali za jej pomocą forsować swoją wizję świata.

W latach 70. i 80. zaczęły się wykształcać lokalne legendy o tych, którzy przed władzą się nie ugięli, umocniła je zaś i ujednoznaczniła III Rzeczpospolita. Proces takiego upraszczania historii oporu wobec PZPR przebiegał nie tylko w historiografii, ale też w opracowaniach historycznoliterackich, których autorzy przedstawiali swoich bohaterów jako bojowników o wolność słowa, szybko też w publicznym, ubogim w oceny dyskursie zaczęto dzielić autorów na służalców i buntowników, łatwo też ferowano surowe wyroki. Dopiero właściwie lustracyjna gorączka, jaka przetoczyła się przez historię literatury za sprawą paru książek i kilku badaczy sprawiły, że zaczęto ponownie pisać o postawach pisarzy, kontekście społecznymi historycznym ich dzieł.
Badacze spoglądający na dzieje literatury w czasie komunizmu dzisiaj – z perspektywy 25 lat wolności, dochodzą do błędnego wniosku, że czas uwypuklił pewne problemy, oczyścił historię. Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie – niektóre sprawy odeszły w zapomnienie, zaciemniając nasz obraz przeszłości, zapomnienie zaś stało się kluczem do upraszczania.  
By pokazać, że bunt wobec PRL-u miał w literaturze miejsce, ale jednocześnie był pewnego rodzaju buntem kalekim, niesatysfakcjonującym dla czytelników, sięgnę po zaledwie jeden tekst – ZarudzieJarosława Iwaszkiewicza. Zarudzieukazało się w 1976 roku, w tomie z dwoma opowiadaniami historycznymi: Nocą czerwcową i Heydenreichem. Dziś Zarudzieto tekst uznany nie tylko za genialny artystycznie, ale również za „słuszny” ideowo – wskazujący na cierpienie Polaków i Ukraińców z rąk rosyjskich, służący więc zbliżeniu dwóch narodów. Zupełnie inna była jednak recepcja tej powieści w latach 70., tuż po jej opublikowaniu. W swoim dzienniku Marian Brandys pisał (przytaczam cały wpis):
9 lutego 1977. Przyszli Jurek i Ryś Peryt, była Halina, rozmawialiśmy. Najpierw o „Zarudziu” Iwaszkiewicza. Ja się tym zachwycam jako pisarz historyczny, Jurek także, mimo że Iwaszkiewicza na ogół nie wielbi. Natomiast Halina, którą Iwaszkiewicz zawsze darzy szczególnymi względami, jest bardzo przeciw. Mówi, że propozycje, jakie autor „Zarudzia” (to znaczy trzech opowiadań w tej książce zawartych) przedstawia dzisiejszemu czytelników, są obrzydliwe; zestawia Iwaszkiewicza z Bryllem. Pewne podobieństwo rzeczywiście istnieje, bo obaj usiłują przeprowadzić obronę swego oportunizmu życiowego i politycznego. Celem ich jest udowodnienie czytelnikowi tego, co tak trafnie i lapidarnie wyraził redaktor Michał Misiorny, usprawiedliwiając się po pijanemu przed Jonaszem Koftą ze swego obrzydliwego artykułu przeciwko KOR-owi: „Uważasz mnie za świnię, ale to jest znacznie bardziej skomplikowane niż myślisz”. Różnica między Iwachą a Bryllem (i jego nędzniejszymi jeszcze konfratrami w rodzaju Misiornego) polega na tym, że Bryll, tłumacząc się przed czytelnikiem ze swego postępowania, stara się mu dowieść, że cały świat, w którym żyjemy, jest jedną wielką gnojówką, w której wszyscy musimy utonąć; a Iwaszkiewicz broni swego oportunizmu przez ukazania z najwyższym mistrzostwem i znawstwem skomplikowanych uwarunkowań ludzkich na dawnych, wielonarodowych kresach polskich (M. Brandys, Dziennik 1976-1977, Warszawa 1996, str. 121)
Iwaszkiewicz projektował Zarudzie jako powieść z historii polskich postaw buntowniczych, za pomocą mesjanistycznej wzniosłości zderzonej z ironią historii chciał pokazać ciągle aktualny mit powstania. W czytelniczej interpretacji jego tekst był widziany jednak jako bunt o stępionym ostrzu, forma poroniona, niepełna i nieudana. Dlaczego więc ten sam tekst postrzegany jest równocześnie jako dowód obrzydliwego oportunizmu i powieść czcząca romantyczny gest? Wydaje się, że przyczyną owych skrajnych ocen jest właśnie programowa niejednoznaczność, którą Iwaszkiewicz wpisał w swoją powieść, niejednoznaczność, na której w ogóle opiera się jej idea.
Wydarzenia przedstawione w Zarudziu rozgrywają się w połowie XIX wieku na Ukrainie, autor zaciera jednak konkretną lokalizację i konkretny czas akcji. Pokazuje tu marazm prowincjonalnego życia, pod powierzchnią którego nieustannie wracają echa jakiś wydarzeń historycznych, gdzie bohaterowie przystosowując się do życia obok zaborcy, jednocześnie cały czas deklarują opór wobec niego. Józio Dunin to szlachetka jakich wielu – zainteresowany głównie swoim otoczeniem, wspominający samobójczą śmierć ojca, romansujący grzecznie z panną z sąsiedztwa i niegrzecznie z panną służącą. Dlatego też zaskakująca jest jego decyzja, by udać się do chłopów ze złotą hramotą, a także nagłe uduchowienie, ujawniające się w przekonaniu, że tekst pisma obroni ich przed siekierami, poczucie misji tak mocne, że objawiające się gotowością na śmierć. Ten romantyczny klimat Zarudzia zapożyczony częściowo z Ballad i romansów, a częściowo z dumek ukraińskich, dla pierwszych czytelników był oczywistą aluzją do współczesności. Z zawartych w powieści odwołań historycznych skupiano się tylko na tym dotyczącym powstania styczniowego, które w całej literaturze po 1945 roku spełniało funkcję alegorii i wiązało się zawsze z pytaniem o sens oporu wobec rosyjskiej dominacji. Wydawało się więc oczywiste, że ten narracyjny chwyt wykorzystał też Iwaszkiewicz. Sądzono też, że ocena romantyzmu, jaką formułuje tu autor, jest negatywna: Józio Dunin to przecież żywe zaprzeczenie postaci z epoki, skupiony na kwestiach przyziemnych, niezbyt zainteresowany światem, plączący się bez celu po lesie, wydawał się karykaturą bohatera romantycznego. Jego transformacja wydawała się nieprawdopodobna, zbyt niespodziewana. Główną przyczyną krytyki był jednak fakt, że gotowość Józia do nawracania i polonizowania chłopów ukraińskich wydawała się tak nierealna, że aż śmieszna. Sądzono więc, że Iwaszkiewicz, krytykując Józia-idealistę romantycznego, zgadza się z realistami politycznymi. Opozycja ta nie była właściwa jedynie dla XIX wieku, pojawiała się i to bardzo często w latach 70., gdy, jak pisze Brandys: reprezentanci władzy przedstawiają się jako „rzecznicy rozumnego patriotyzmu” i „Teraz każda świnia deklaruje się jako rzecznik pracy organicznej”. Hasła historyczne cyrkulowały więc w PRL-u na określenie zwolenników i przeciwników władzy: komuniści przedstawiali się jako spadkobiercy tradycji pozytywistycznej, uznawali istnienie „nowej umowy społecznej” z PZPR za zjawisko naturalne i niezmienne. Ci zaś, którzy tę zasadę próbowali dyskontować, otrzymywali opinię romantyków i niebezpiecznych szaleńców, gotowych doprowadzić do utraty połowicznej wolności w walce o nieosiągalny ideał.
Anulowanie wielu sensów „Zarudzia”, uznanie Iwaszkiewicza za niebezpiecznego oportunistę, który dla swojego zepsucia stara się dobudować pozytywną ideologię, wynikało z czytelniczego przyzwyczajenia do analizowania każdego tekstu według klucza politycznego. W przypadku Zarudziaujawniała się prosta interpretacja: powstanie styczniowe to alegoria KOR-u, Józio – KOR-owcy i inni opozycjoniści, Polak carski oficer Krzyżanowskij – członkowie PZPR itd., choć Iwaszkiewicz napisał to opowiadanie zanim KOR jeszcze powstał, a opublikował go w 1976, w czasie gdy po raz pierwszy pojawiła się możliwość zademonstrowania oporu wobec władzy w sposób jednoznaczny, wyrazisty i zinstytucjonalizowany. Przystosowanie przestawało być więc jedyną postawą społeczną – pojawiała się jej alternatywa – opór, ale taki, który w swych formach nie opierał się działalności zbrojnej, która w historii Polski była dotychczas jedyną praktyką. Oczywiście KOR-owcy uważali się za kontynuatorów tradycji insurekcyjnej, choć realizowali swoje cele w zupełnie inny sposób. Postrzeganie siebie jako spadkobierców insurgentów i bojowników o wyzwolenie stało się właśnie przyczyną, dla której Brandys tak mocno krytykował Iwaszkiewicza: żonaty był z Haliną Mikołajską, aktorką, której nazwisko znalazło się na liście założycieli KOR-u, a cała rodzina musiała słono zapłacić za zaangażowanie polityczne – jak bardzo bezpieka utrudniała życie Brandysowi najlepiej widać właśnie w Dzienniku – tym samym, którego ofiarą padł Iwaszkiewicz. Brandys uznał powieść Iwaszkiewicza za groźną, bo zbyt skomplikowaną, niejednoznaczną, wymykającą się ocenom. Tymczasem sam postrzegał sytuację w Polsce jako rodzaj toczącej się podskórnie domowej wojny ideologicznej, która domagała się jasnego formułowania postaw.  Powieść Iwaszkiewicza, która w zamiarze autora miała studzić umysły, pokazywać bogactwo świata, bliskość sojuszników i wrogów, podgrzała tylko atmosferę. Choć czytelna – bo przecież Brandys zrozumiał Zarudzie – okazała się za trudna, trafiła na zły moment. Faktycznie, patrząc z perspektywy Brandysa i PZPR (tutaj paradoksalnie jest to ta sama perspektywa – pragnienie doraźnej użyteczności tekstu), Zarudzie nie jest buntem przeciwko władzy. Jego sens bowiem nie zawiera się i nie wyczerpuje w – jak ujął to Brandys – „skomplikowanych uwarunkowaniach ludzkich na dawnych, wielonarodowych kresach polskich”. Bunt wobec władzy, podważenie jej filozoficznych i ideologicznych fundamentów czytelne jest na poziomie rozumienia historii, ten zaś ukryty był dość głęboko.
Bunt Iwaszkiewicza wobec PRL-u realizuje się poprzez przeciwstawienie okrucieństwa historii obojętnej na los jednostki marksistowskim tezom o opanowaniu historii. Iwaszkiewicz buduje więc konflikt z władzą nie na poziomie społecznym czy politycznym, lecz na poziomie historiozoficznym, dając wykładnię dziejów sprzeczną z lansowanym obrazem historii optymistycznej, zmierzającej ku postępowi dzięki pracy robotników i chłopów. Historia w powieści Iwaszkiewicza to historia nowoczesna: igrzysko przypadku, szaleństwo, krzywda, zniszczenie.
W Zarudziu problem poświęcenia i bohaterstwa nie dotyczy zbiorowości, lecz jednostki, ma wymiar egzystencjalistyczny, tym samym więc daleko odchodzi autor od obowiązującego w kulturze komunistycznego, totalizującego spojrzenia na klasy społeczne. Józio Dunin to indywiduum walczące o nadanie sensu własnej egzystencji, poszukujące osobistego zbawienia. Nie hrabia w konflikcie z chłopem Fiłaretem, nie Polak wywyższający się wobec Ukraińców, nie buntownik przeciwstawiony Rosjanom, nie romantyk niezrozumiany przez przyziemne otoczenie – wszystkie te pary opozycji istnieją w tekście i go organizują, ale są wtórne wobec konfliktu: człowiek – historia. Sposób widzenia zaś człowieka i jego obowiązków wobec świata jest u Iwaszkiewicza zupełnie inny niż w paradygmacie kultury socjalistycznej. Zarudzie pokazuje, że człowiek ma obowiązek przede wszystkim względem siebie, że w świecie jest samotny, stoi wobec tajemnicy bytu i być może poznanie tej zagadki będzie kosztowało go życie.

Comments

Komentarzy