Czy można pisać o przemocy tak, żeby jej nie pokazywać? Żeby ją jednocześnie uwypuklić i umniejszyć? Można.
Nelson robi to w swojej książce o procesie zabójcy swojej ciotki.
„Argonauci” udowodnili już, jaki Nelson ma styl, jak potrafi wydobywać nieoczywistości, sprzeczności, niekonsekwencje z sytuacji codziennych i pokazali też, że do jej zasadniczego instrumentarium należy jeden chwyt: pogłębionej analizy sytuacji pozornie nieznaczących i pozornie niewinnych.
„Czerwone fragmenty” powstały w oryginale 10 lat przed „Argonautami”, gdy Nelson była wykładowczynią na uniwersytecie pośrodku niczego, w miejscowości Middletown.
Głównym tematem tej książki jest przemocy – przemoc wobec kobiet – dodać trzeba. Taka przemoc, która często stanowi ornament, punkt zero, rodzaj ramy narracyjnej wykorzystywanej przez kulturę masową. Jej ciotka padła ofiarą seryjnego mordercy jako młoda dziewczyna. Porzucone ciało odnaleziono na cmentarzu, przez prawie 40 lat nie dało się znaleźć sprawcy. Bardzo bym chciała, żeby twórcy polskiego kryminału, tak często odwołujący się właśnie do takiej sytuacji – z niej biorący rozbieg, sięgnęli po „Czerwone fragmenty”, bo autorka pokazuje, że przemoc wobec kobiet nie jest czymś zwykłym i łatwo akceptowalnym, że dotyka całej rodziny, przechodzi na kolejne pokolenie w postaci ukrytego lęku i świadomej obsesji.
Przy czym nie jest to bynajmniej opowieść łatwa, dydaktyczna, gotowa do wypisania na sztandarach. Bo Nelson rozważa w niej także samo pisanie o przemocy, jego uwikłania w płeć, w łzawe stereotypy, które mają nam dać (złudną) pociechę, poczucie, że oto wiele dzieli nas od umysłu mordercy.
No i książka ta w gruncie rzeczy nie nadaje się zupełnie dla polskich czytelników, skoro ciągle powracają u nas dyskusje o kastracji skazańców, karze śmierci. Bo choć przygląda się ona samemu mordercy, to jednocześnie widzi w nim człowieka, produkt społeczeństwa i kultury, a nie dewianta, który zasługuje na najsroższą karę i na społeczną zemstę.
Przeł. Anna Gralak @wydawnictwoczarne

Comments

Komentarzy