Anna Augustyniak, Kochałam, kiedy odeszła
Nisza 2013

Kochałam, kiedy odeszła opowiada o śmierci matki, o przeżywaniu żałoby, o przepracowywaniu relacji i wyrzutach sumienia, jakie zawsze towarzyszą żyjącym. W 2013 Inga Iwasiów także wydała książkę o umieraniu – poświęconą pamięci ojca. Na tym właściwie jednak podobieństwa się kończą, bo obie autorki zupełnie inaczej przepracowują ten temat. W Umarł mi pojawia się śmierć nagła, niespodziewana i przez to tragiczna. W Kochałam, kiedy odeszła Augustyniak rysuje śmierć powolną, bolesną. Jednym z najbardziej dramatycznych wspomnień bohaterki jest moment, w którym musi podjąć decyzję o zaprzestaniu leczenia matki, o wyrażeniu zgody na jej odejście. I tak we wspomnieniach wraca matka piękna, młoda, roześmiana, ale też matka, której żyły pękają przy zastrzykach, matka zapadająca coraz bardziej w milczenie i ból.

Śmierć jako taka jest trudno opisywalna, ale w Kochałam, kiedy odeszła udaje się narzucić wiele innych tematów, rozpisać to jedno zjawisko na szereg zagadnień nostalgicznych,  dramatycznych, ale też często przerażających. Augustyniak nie cofa się przed pokazywaniem tego, co w śmierci rodzica jest tabu, a często właśnie w takich fragmentach pokazuje swoje literackie mistrzostwo. Bo kłopot bohaterek jej opowieści polega na tym, że zbliża je dopiero choroba, że spotykają się dopiero, gdy matka traci swoją niezależność. Wcześniej córkom się nie poddawała, zachowywała pewien rodzaj dystansu, który uniemożliwiał prawdziwą bliskość. Tę zaś narzucają córki chorej, ona jednak próbuje się przed całkowitym poddaniem bronić. I to właśnie pierwsze przełamanie tabu, bo Augustyniak pisze nie tylko o podporządkowaniu chorego systemowi ochrony zdrowia (choć ten wątek uprzedmiotowienia także się tu pojawia: w postaci pielęgniarki, która koniecznie chce „mamusię” nakarmić „mięskiem z sosikiem” i zabrać ją na mszę), ale o podporządkowaniu chorego rodzinie. Matka przez całe życie nie lubiła być dotykana, głaskana – teraz zaś, gdy umiera w hospicjum, taki właśnie dotyk wydaje się córkom jedynym pocieszeniem, jedynym znakiem opieki i czułości. Umieranie matki jest bowiem granicznym doświadczeniem śmierci, gdy nie ma mowy ani o zachowaniu godności, ani o metafizycznym przejściu. Chorej na raka pozostaje niewyobrażalny ból, a dowodem największej miłości bliskich jest podjęcie walki z lekarką, która próbuje matkę leczyć – bo trzeba w końcu pozwolić jej odejść.

Relacja matki i córek jest zawsze relacją przyciągania-odpychania i ten ruch nie zamiera nawet w śmierci, co Augustyniak podkreśla na kilka różnych sposobów, znów łamiąc kulturowe tabu. Córki uczą się ciała przez obserwowanie matki, to ona niejako wprowadza je w świat dojrzałości fizycznej, płci, seksu. To ona – zabierając dziewczynkę ze sobą do gorseciarki – uświadamia jej, do czego może służyć kobiece ciało, że ten cel stanowi ważny element życia kobiety:

W moim śnie miałaś dwie piersi. Leżałaś naga w trumnie. Byłaś młoda, może czterdziestoletnia. No tak, wtedy rzeczywiście jeszcze miałaś dwie piersi. I nosiłaś takie specjalne staniki ze szpicem na brodawki. Pamiętam, jak jeździłyśmy do gorseciarki, żeby szyła ci je na miarę. Siedziałam i patrzyłam, jak przymierzasz miseczki, wybierasz ramiączka. Nie lubiłaś koronek i kokardek. Biustonosz nie był do ozdoby. Miał wzmagać pożądanie. Tego się wtedy nauczyłam. Miałam może z dziesięć lat.

Ona też wprowadzi je w świat choroby nowotworowej, utraty pielęgnowanej kobiecości i bólu paliatywnego. I tutaj właśnie znów uruchamia się dwuznaczność relacji matka-córka. Bo pomimo bliskości i przywiązania, są sobie ciągle obce, ciało matki stale budzi niepokój córki, ujawnia się jako obce, wprowadza ją w nowe doświadczenie. Młoda kobieta nie potrafi znieść widoku cierpienia:

Miałam halucynacje strachu o ciebie. We dnie i w nocy. Miałam cię dość. We dnie i w nocy. Miałam cię dość. Nie mogłam patrzeć, jak cierpisz. Nie mogłam na ciebie patrzeć. Przygryzam dolną wargę na to wspomnienie. Zupełnie jak ty.

Autorce udało się tutaj stworzyć świetną formę, utrzymać równowagę między emocjonalnym tonem i drapieżnością obserwacji. Cały intymny zapis z własnego przeżywania owej śmierci składa się z serii krótkich, często jedno- lub dwuzdaniowych not. Nie jest to w żadnej sposób pamiętnik, ale próba narzucenia porządku formalnego takiej relacji, która ze swej natury nie podlega uporządkowaniu. Taka kompozycja pozwala też pokazać jeszcze jedno ważne zjawisko – nie ma tu wyciszenia, akceptacji straty. Córka, która przez lata towarzyszyła matce w walce z chorobą, w szpitalach i hospicjum, nawet długo po śmierci nie potrafi znaleźć niczego, co pozwoliłoby jej domknąć to doświadczenie, zaakceptować śmierć matki. Nie ma więc powtórzenia antycznej kompozycji. Nie ma koncyliacji z Trenów.

Wielkie ćwiczenie z umierania.  

Comments

Komentarzy