Zastanawiam się, kiedy czytałam ostatnio równie potworny i przejmujący zapis Zagłady – taki, który w sumie na wiele dni wytrąca z życia, popycha do myślenia o stopniach ludzkiego okrucieństwa, ale przede wszystkim przekazuje nieprawdopodobną ilość faktów. I dochodzę do wniosku, że to musiało być jakoś na przełomie podstawówki i liceum, Borowski połączony z Kertesem, przyprawieni pierwszymi lekturami Krall.

Ilja Erenburg, Wasilij Grossman

Czarna Księga

Przeł. Małgorzata Buhalik, Halyna Dybuk, Halina Grubowska, Mirosława Jankowska, Maria Karachentseva, Kacper Miklaszewski, Tamara Monko- Ejgenberg

Red. Joanna Nalewajko-Kulikov

Żydowski Instytut Historyczny 2020

Czarna Księga opowiada o tym, czego właściwie nie znamy z dokumentów, czyli o Zagładzie realizowanej na wschodzie Europy, od Ukrainy do ZSRR, przez Białoruś, Litwę i Łotwę, zahacza o powstanie warszawskie, obozy zagłady i getta, dodaje – w ramach jakieś przewrotnej szczodrości – świadectwa katów. Ma charakter ściśle dokumentalny: grupuje bowiem świadectwa ocalonych lub świadectwa spisywane przed śmiercią, a odkryte przez Armię Czerwoną zmierzającą na Berlin. Zawiera wyznania i listy dzieci, dorosłych i starców, czasem kilka linijek, czasem wielostronnicowe opracowania. Powinna była ukazać się w 1947 roku, gdy rosyjscy pisarze, przewodniczący komitetu badawczego, skończyli zbierać materiały. Nie wydano jej wtedy, bo została skreślona z powodów politycznych: cenzura radziecka odrzuciła liczący kilkadziesiąt arkuszy wydawniczych tekst (ponad 800 stron po polsku), uznając, że za mocno eksponuje antysemityzm narodów radzieckich, za bardzo eksponuje żywioł żydowski (a przecież obowiązywały hasła internacjonalizmu) i faworyzuje obrazy śmierci „nieheroicznej” (cudzysłów jest ode mnie) i nie poświęca wystarczająco dużo miejsca Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Wszystko to prawda. Fakt, że Czarna Księga ukazała się kilkadziesiąt lat po wojnie nie jest triumfem pamięci nad historią, ale raczej dowodem na to, że ideologia zawsze zwycięża pamięć.

Ironiczna przewrotność, jaka towarzyszy tej publikacji, polega bowiem na tym, że zbiorowy wysiłek poszczególnych autorów, którzy godzili się wejść na powrót w koszmar wspomnień, miał jeden cel: wymierzyć sprawiedliwość, zaświadczyć o Zagładzie, opisać, pokazać, nagłośnić mechanizmy uprzedmiatawiania i mordowania Żydów na Wschodzie. W tych świadectwach padają konkretne nazwiska, to jest zatem nie tylko wołanie o sprawiedliwość historii, ale też o sprawiedliwość w podstawowym wymiarze: ukaranie konkretnych komendantów obozowych, żołnierzy, szmalcowników, kradnących i znęcających się sąsiadów. I w tym aspekcie właśnie Czarna Księga w ogóle nie spełnia swego zadania, bo nie została opublikowana po wojnie, nie użyto w procesach zebranych w niej materiałów.

A jednocześnie Czarna Księga skonstruowana jest tak, że – wyciągnięta na światło dzienne dopiero współcześnie – nie traci nic ze swej mocy, że rozkłada nawet najbardziej odpornych oraz najlepiej zorientowanych historycznie czytelników na łopatki. Uczy pokory wobec Zagłady – a zatem spełnia najważniejszą funkcję, jaką opowieść na ten temat może w ogóle mieć.

Z czego składa się ładunek, jaki niesie ze sobą Czarna Księga? Przede wszystkim z nadmiaru faktów, precyzyjnego, powtarzalnego się opisu kaźni i mechanizmów organizowania cierpienia. Nie ma tu jakże często stosowanego w fabułach skrótu, świadectwa powtarzają się, opisy Zagłady dublują. Autorzy hojnie częstują nas szczegółami, bo w chwili, gdy przygotowują swe zeznania – należy o tym pamiętać – nie znano jeszcze powszechnie przebiegu Zagłady. Nagle mamy wrażenie, że przenosimy się w czasie, bo stajemy się tu odbiorcami pierwszych świadectw. Dowiadujemy się, na przykład, że: w Odessie w pierwszej kolejności wymordowano lekarzy i ich rodziny; w getcie w Wilnie władze niemieckie nie interweniowały, gdy kryminaliści po godzinie policyjnej organizowali napady na żydowskie mieszkania i mordowali ich mieszkańców; Ada Lisakowska w getcie w Białymstoku do kuchni SS podrzuciła trutkę na szczury, co spowodowało śmierć 50 hitlerowców; Judenrat w Kownie został ukarany za to, że ludzie do getta z aryjskiej strony przynosili jedzenie – miał przygotować kontyngent 50 osób do więzienia; dziewczęta żydowskie strażnicy w Treblince wybierali sobie na całą noc prosto z transportu, a rano sami odstawiali je do komór gazowych. Takich historii są tutaj tysiące, bogactwo tej opowieści jest nieprzebrane.

Ostatecznie dużą rolę odgrywa tu i literacki sznyt, jaki nadają obaj wybitni autorzy, postawieni na czele komitetu zbierającego materiały: Erenburg i Grossman. Te fragmenty, które opracowują sami, są oczywiście najbardziej misterne, ale jednocześnie całość tomu sprawia, że nawet najbardziej cyniczni czytelnicy w 2020 roku kupują ten patos, te patetyczne uniesienia, do których się uciekają:

Gdzie jest droga na Białystok, Siedlce, Warszawę, Wołkowysk? I czemu tak dziwnie uśmiecha się nowa straż, przyglądająca się mężczyznom poprawiającym krawaty, zadbanym staruszkom, chłopcom w marynarskich kurteczkach, szczuplutkim dziewczynom, które jakimś cudem przez całą tę podróż zachowały schludność, młodym matkom czule poprawiającym kołderki na swoich dzieciach? (…) – to wszystko zlewało się w jedną wielką falę unoszącą ze sobą i rozum, i piękną naturę ludzką, i miłość dziewczęcą, i dziecinne zdziwienie, i starczy kaszel, i serce ludzkie.

Comments

Komentarzy