„Syrop z piołunu” to książka bardzo ważna, a zarazem zła. Rezultat będzie przeciwskuteczny: zamiast przypomnieć Polakom o budzącej wstyd akcji Wisła, da amunicję wszystkim tym, którzy takiej pamięci nie chcą.

Paweł Smoleński, specjalizujący się poniekąd w etnicznych konfliktach, wojnach rozgrywanych na pograniczach, tym razem wraca do relacji polsko-ukraińskich (pisał o tym 2001 roku w Pochówku dla rezuna). Teraz interesuje go właściwie tylko jedno wydarzenie – akcja Wisła i deportacja na Ziemie Odzyskane i Mazury 140 tysięcy Ukraińców, których w ciągu kilku miesięcy 1947 roku wyrzucono z ziem sąsiadujących z USRR.

Dlaczego to jest książka ważna? Bo Smoleński ma talent do wiercenia dziur w sumieniu, przypominaniu tego, co z wygody zostało zapomniane, zaglądania pod podszewkę różnych ustaleń, mitów, konwencji. I tak jest tutaj: pokazuje zaskakujące porozumienie, jakie nowa władza ludowa, ta ze stalinowskiego nadania, zawarła z oficerami z XX-lecia międzywojennego, byłymi legionistami, wykształconymi we Francji demokratami – okazuje się, że nienawiść polska do Ukraińców łączyła nawet najbardziej odległe grupy światopoglądowe. Smoleński pyta też o motywację żołnierzy z różnych szczebli awansu, którzy w akcji deportacyjnej brali udział, pokazuje nacjonalizm i żądzę zemsty za Wołyń, ale też pragnienie wykazania się, jakie cechowało świeżo przyjętych żółtodziobów, zasłuchanych we frontowe historie starszych towarzyszy. To jest właściwie pytanie, które zasługuje na dłużą refleksję, wykraczającą chyba poza reportaż: do jakiego stopnia za okrucieństwo wobec ludności cywilnej odpowiada takie pragnienie zdobycia szlifów, męskiej inicjacji w wojnę?

Smoleński wylicza po kolei mity, które władza ludowa umacniała w latach 40., żeby pokazać racjonalność, sprawiedliwość i konieczność deportacji ludności ukraińskiej. Wymienia je jednak wraz z innymi mitami propagandowymi i jest to zabieg świetny. Nieubłagana logika pokazuje, że Polacy albo od razu odrzucali propagandowe kłamstwa, albo weryfikowali je na przestrzeni lat – w dalszym ciągu zaś wierzą wyłącznie w te, które dotyczą relacji polsko-ukraińskich, czyli takie, które pozwalają im nie rozliczać się z niewygodną, wstydliwą przeszłością. Pokutuje zatem mit o zaciekłej wojnie między UPA a polską armią (a UPA ledwo zipała, odcięta od zaopatrzenia i broni), o przygotowaniach do nowej wojny, o tym, że w obliczu silnego poparcia u ludności cywilnej nie istniał inny sposób pokonania partyzanckich oddziałów. Tymczasem Smoleński cytuje dokumenty, w których wyraźnie pisze się o konieczności „rozwiązania problemu ukraińskiego w Polsce”. Umówmy się, że takie słowa zapisane 5 lata po konferencji w Wannsee, w czasie której mówiono o potrzebie rozwiązania kwestii żydowskiej, brzmią upiornie. Nikt jednak nie widział wtedy podobieństwa między nimi. Dzisiaj jednak powinno być już inaczej.

Cała ta książka składa się z takich paradoksów, które autor wydobywa, pokazuje zaskakujące paralele między akcjami, które Polacy uważają za przestępstwa przeciwko ludzkości, a tymi, które sami podejmowali. W XX-leciu burzono cerkwie i przymuszano dzieci do nauki w polskich szkołach, po wojnie, zainspirowani sposobem, w jakim w epoce stalinowskiej przeprowadzano czystki, podjęto działania na szerszą skalę – to także wielkie oskarżenie. Naród, który uważa się za ofiarę Stalina, jakże chętnie podejmuje tu taki sam sposób działań: 4 godzina na pakowanie, potem marsz do punktów zbiórki i pociągi towarowe jadące tygodniami w nowe miejsca osiedlenia. Całe to oskarżenie moralne, historyczne, studium uników, które do dzisiaj potrafimy świetnie uskuteczniać (Wołyń, którym wszyscy wycierają sobie usta), traci jednak na znaczeniu, gdy patrzymy na całość tej reporterskiej książki.

Przykro było patrzeć, gdy Jacek Hugo-Bader sam skutecznie podkopał swoją karierę reporterską. Ale gdy z jakichś tajemniczych powodów Paweł Smoleński daje czytelnikowi książkę niedorobioną, płaską, słabo udokumentowaną, to już zaczynam zastanawiać się, czy to nie jest jakiś większy problem. Zbytnia pewność siebie mistrzów? Talent daje prawo do niechlujstwa? Skąd ta nonszalancja?

Po pierwsze: świadectwa, przywołane w tej książce, pochodzą z materiałów, jakie Smoleński zebrał 16 lat temu, a więc są odpryskiem „Pochówku dla rezuna”. Nie zarzuciłabym autorowi lenistwa, gdyby nie fakt, że w tekście wielokrotnie widać takie opuszczanie gardy, pójście na łatwiznę. Smoleński stosunkowo rzadko powołuje się na dokumenty z epoki, często za to na teksty innych reporterów i to teksty z „Dużego Formatu”, które albo cytuje, albo wplata w swą opowieść jako materiał źródłowy (a to przecież nie jest źródło, tylko właśnie już jego opracowanie, kolejny stopień zapośredniczenia). Na tej samej zasadzie przywołuje tezy Grzegorza Motyki i kilku innych  historyków – specjalistów od relacji polsko-ukraińskich. Ale wychodzi nam z tego reportaż napisany przy biurku, w bibliotece, reportaż żerujący na cudzych badaniach, wnioskach i przykładach. To zarzut drugi. Mało pisze sam, lubi cytować, oddaje głos innym w stopniu, który właściwie pozwala mówi o centonie – cały rozdział „Wybaczajcie” składa się z zestawienia obszernych cytatów z kazań, jakie wygłaszali dostojnicy Kościoła i Cerkwi, nawołując do pojednania i wybaczenia. Bez komentarza autorskiego, bez kontry lub puetny, po prostu nabijanie znaków. „Bardzo prosi staruszek” to z kolei zestawienie cytatów z listów, jakie ukraińscy repatrianci piszą do urzędników państwowych, prosząc o uznanie ich krzywd (najczęściej z wczesnego dzieciństwa) – Smoleński zderza cytaty, rozbudowuje obrazy dziecięcego cierpienia i samotności na starość, tym długim szeregiem cytatów chce wzmóc wrażenie autentyczności, próbuje uobecnić głos bohaterów, którego w tej książce nie ma za dużo.  Podobnie w rozdziale „Mam przed oczami niewinne dzieciątka”, w którym przytacza przykłady współczesnych polskich zachowań nacjonalistycznych i sposoby, w jakie władza bagatelizuje narastanie antyukraińskiej przemocy. To także cytaty – tym razem z doniesień medialnych. Taki patchwork – szkoda tylko, że tak często wykorzystuje ten sam chwyt, znika właściwie jego głos, skoro trzy pełne rozdziały na 221 stron w całości składają się z kombinacji cytatów.

Zarzut czwarty – z mojej perspektywy najważniejszy – Smoleński używa retoryki właściwej prawicowym konserwatystom. Wiem, że właściwością jego stylu jest nonszalancja, gotowość do ferowania wyroków, budowanie napięcia między jawną autorską wypowiedzią, a całkowitym ukryciem się, czasem jednak te luźne cugle sprawiają, że cała konstrukcja ponosi. Tak dzieje się na przykład wtedy, gdy Smoleński przedstawia biografię generała Karola Świerczewskiego – bohatera doby PRL-u, męczennika walk z Ukraińcami. Kładzie nacisk na jego kulturową obcość, wysługiwanie się władzy komunistycznej i pisze w końcu „etniczny Polak”. No do cholery ciężkiej, jak zaczniemy na dużą skalę akcję dzielenia i oczyszczania, to nikt nie będzie miał zaszczytu przynależności do tej wspólnoty. Będzie czysta, heroiczna, ale dość mała i wątła – n’est-ce pas? Zdaje się, że i biednego Smoleńskiego dotknął język i zabiegi retoryczne dzisiejszej władzy. Dobry reportaż, dobra opowieść o przeszłości uchyla się od takich łatwych podziałów, grzebie w motywacjach, opowiada o narodowych czarnych owcach i bękartach, bo ich historia więcej mówi o przeszłości niż biografie kryształowych bohaterów.

Ta kaleka formalna, jaką jest „Syrop z piołunu”, źle działa na dwa sposoby: po pierwsze podważa dorobek autora, bo wszystkie płytkie prześlizgnięcia w niej zawarte skutecznie pozwalają kwestionować jego obecny warsztat, po drugie – dają broń do ręki wszystkim tym, którzy będą chcieli podważyć oskarżycielskie tezy zwarte w książce. Takie piruety polska krytyka – robiona na blogach i przez różnych historyków – jest w stanie wykonać (co trochę zaskakuje, bo polska krytyka to nie jest najbardziej zwinna baletnica), gdy chce ocalić stereotyp polskiej ofiary, taki mit małego Polaka, który genialnie wyśmiał Adam Lipszyc w swoim tekście „Polak Mały i fantazja impotencji” (w „Tekstach Drugich”).To Polacy przecież są ofiarami historii, ergo sami nie mogli wyrządzić żadnego zła.

Paweł Smoleński, Syrop z piołunu

Czarne 2017

Comments

Komentarzy