Metryczka:

  1. Od ilu lat tłumaczę?

Od czterdziestu. Ale literaturę piękną (z jednym wyjątkiem) od kilkunastu.

2. Czy to moja główna działalność i źródło dochodu?

Teraz tak, ale nie tylko tłumaczenia literackie. Jestem też tłumaczką kabinową.

Kwestionariusz:

  • Swoją pierwszą książkę przełożyłam…

W 1983 roku. Była to książka znajdująca się na indeksie (Listy z Rosji Custine’a), została więc wydana w londyńskim Aneksie pod pseudonimem Katarzyna Czermińska. Taka zabawna anegdota: w odstępie bodaj dwóch tygodni ukazała się moja wersja w Londynie i czyjaś (nie wiem czyja, też pod pseudonimem) w Paryżu. Porównania były bardzo pouczające…

  • Jak pracuję? W jakim rytmie?

Jak już siadam, to siadam. Przekładam najchętniej bez uprzedniego czytania książki. Po pierwsze, żeby sobie nie psuć zabawy, po drugie, żeby nieświadomie nie zasugerować się ciągiem dalszym. Przy czym tłumaczę nawet nie zdanie po zdaniu, ale od przecinka do przecinka. W przypadku ostatniego Houellebecqa było to dość rozrywkowe i ryzykowne przedsięwzięcie: jedno ze zdań miało ok. 4000 znaków, a ja od przecinka do przecinka. Oczywiście niekiedy (często) wymaga to cofania się do początku zdania i wprowadzania dość radykalnych zmian. (Tylko z poezją tak się nie da). Po zrobieniu „rybki” dwa, trzy dni przerwy i siadam do poprawek: 1) wstępne wygładzenie tekstu, 2) sczytywanie z oryginałem (fajne kwiatki czasem znajduję!), 3) końcowe poprawki z papieru. Potem jeszcze jedne poprawki po otrzymaniu uwag redaktora i ostatnie poprawki po składzie. Za każdym razem jest co robić…

  • Autor, którego się boję… Nie znam.

Ale pewnie jest takich mnóstwo. Aha, boję się poetów. Wszystkich.

  • Pozycja tłumacza w Polsce jest….

Do kitu. Nie dość, że stawki nie powalają, do tego recenzenci często „zapominają”, że polską wersję zawdzięczają tłumaczowi. Tyle że – z tego, co wiem – nie jest to tylko polski problem. Marna pociecha.

  • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

W moim przypadku w ogromnym stopniu. Po pierwsze, dzięki współpracy z redaktorem człowiek zapoznaje się ze swoimi własnymi błędami (moją piętą achillesową zawsze była interpunkcja, która chyba uległa znacznej poprawie). Po drugie, dzięki współpracy z tekstem człowiek rozwija swój własny styl i słownictwo. Ostatnio popełniłam na FB tekst ewidentnie nawiązujący do stylu Houellebecqa (bez premedytacji z mojej strony, tak wyszło).

  • Jak to jest być tłumaczem z „małego” języka w Polsce?

Nie wiem.

  • Tłumaczowi nie wolno…

Robić kalek językowych, przekładać dosłownie, nieświadomie powtarzać kilka razy z rzędu to samo słowo (co innego świadomie jako zabieg stylistyczny autora)… Poza tym tłumacz nie powinien się uważać za mądrzejszego od autora. Skoro jesteś mądrzejszy, napisz własną książkę. Kiedy tłumaczysz, próbuj być w miarę niewidoczny. Nie należy również puszczać ewidentnych kiksów autora (chrzest Polski w 976 roku). Czasem się staje przed wyborem – czy poprawić w tekście, czy dać przypis. Moim zdaniem, to zależy. Zazwyczaj robię to na czuja.

  • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

Hm… Przekazać go polskiemu czytelnikowi w taki sposób, żeby tekst się czytał, jakby był napisany po polsku, jednocześnie nie zatracając tego, co charakterystyczne dla autora.

  • W przekładach innych szukam…

Niestety, błędów. Tzn. ja ich nie szukam, one same mnie znajdują.

  • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

tłumaczenia kiepskich książek. Ostatnio miałam do czynienia z książką, którą mogłam albo przerobić, bo się kompletnie, ale to kompletnie kupy nie trzymała, albo zerwać umowę. Wybrałam to pierwsze. Hardcore!

Beata Geppert – tłumaczka literacka i konferencyjna z języka francuskiego. W jej przekładzie ukazały się powieści Michela Houellebeqa, Le Clezio, Colette, Jean-Paula Didierlaurenta.

Za dwa tygodnie – Julia Różewicz.

Comments

Komentarzy