W Niedzieli, która zdarzyła się w środę Szczygieł pokazuje Polaka na początku lat 90. – uczciwego, zagubionego, ufającego innym. Ale pokazuje też procesy, które  sprawiły, że ten Polak szybko zniknął.

Mam własną hierarchię książek Mariusza Szczygła: uwielbiam Niedzielę, która zdarzyła się w środę, Gottland to jedna z najważniejszych moich książek, Projekt: prawda ma temperaturę zero, a Krall stoi na samym końcu skali ujemnej (co ciekawe, zarówno Krall, jak i Szczygieł należą do moich ulubionych autorów, ale ta ich wspólna książka to wybitna wydmuszka).

Niedzielę… czytałam ostatnio na nowo, bo prowadziłam z jej autorem spotkanie w Bibliotece Publicznej w Radomsku. To ciekawa sytuacja, gdy wraca się do tekstu dobrze znanego po długim okresie „odstawienia”, zwłaszcza że ten zbiór reportaży powstał 20 lat temu., zatem upływ czasu ma tu olbrzymie znaczenie.

Szczygieł złożył tę książkę z reportaży publikowanych w l. 90 na bieżąco. Po raz pierwszy ukazała się w 1996 roku. Czytane jednak w 2017 roku nabierają nowego smaku: pokazują, jacy byliśmy jako społeczeństwo tuż po upadku komunizmu, pokazują też – w dość przewrotny sposób – jacy staliśmy się w ciągu 28 lat.

Onanizm polski z 1993 roku opowiada o masturbacji – wtedy spotkał się z dość ostrą reakcją, okazało się, że Szczygieł to świntuch, wielu czytelników współczuło jego rodzicom. Tymczasem tezy z reportażu nie są dziś dla nas w żaden sposób szokujące, zaskakiwać może nawet delikatność języka, zapożyczenia naukowe, posługiwanie się literaturą specjalistyczną i wynikami badań, a nie świadectwem i doświadczeniami bohaterów. Autor zderza tutaj XIX-wieczne albo kościelne pisma na temat „samogwałtu” z XX-wieczną psychologią – i na tej linii buduje się napięcie. Szczygieł jakby mimochodem wspomina schizofrenię społeczną, ponieważ wszyscy masturbujący się są jednocześnie przekonani, że to co robią, jest szkodliwe dla zdrowia, a ponadto należy zwalczać te praktyki zastraszaniem chorobami. Dzisiaj publikuje się teksty dużo ostrzejsze, na tematy zdecydowanie bardziej drażliwe – i nie spotykają się one z tak ostrymi reakcjami ze strony czytelników.

Inna zmiana: w reportażu Polska w ogłoszeniach Szczygieł pokazuje, jak społeczeństwo od dołu próbowało radzić sobie z transformacją. Zdesperowani bezrobotni szukają porady w działach ogłoszeń, wiele osób żyło właśnie z udzielania listowych rad. Większość tych porad jest – co oczywiste – naiwna albo nieuczciwa. Cały ruch dowodzi jednak, że Polacy w roku 1993 mieli wiele pytań do nowego systemu kapitalistycznego, próbowali sobie w nim znaleźć miejsce, snuli wielkie plany. Dawali się jednak nabierać dość łatwo, szukali pomocy u innych, nie mieli pojęcia o wolnorynkowej gospodarce, o sukcesie ekonomicznym. Z dzisiejszej perspektywy zastanawia jednak, jaką ufnością darzyliśmy się jako społeczeństwo – zdaje się, że to uczucie całkowicie znikło.

Nie oznacza to jednak wcale, że polskie społeczeństwo dzisiaj jest lepsze, bardziej rozwinięte niż to z początku lat 90. I właśnie Niedziela, która zdarzyła się w środę świetnie to pokazuje. Straciliśmy naiwność, ale wraz z nią i niewinność, zaufanie do innych, przekonanie, że jesteśmy wspólnotą. Może jesteśmy społeczeństwem mniej pruderyjnym, mniej ograniczonym obyczajowo (choć mam do tej zmiany akurat poważne wątpliwości), ale też jesteśmy bardziej nieufni, podejrzliwi, mniej odpowiedzialni, mamy większe wymagania i chcemy żyć na bogato. Poszerzyły się nasze horyzonty, ale wraz z nimi wzrosły apetyty i roszczenia. W tytułowym reportażu, Niedziela, która zdarzyła się w środę, bohaterami są byli pracownicy fabryki Elwro, zwolnieni w ramach restrukturyzacji ze stosunkowo dużymi odprawami. Każda z postaci próbuje sobie jakoś radzić: jedna kupuje samochód i zarabia jako taksówkarz, inna nadpłaca czynsz na cały następny rok, jeszcze ktoś inny lokuje wszystkie pieniądze w banku. Największym szaleństwem wykazuje się księgowa, która z córką jedzie do Rzymu zobaczyć papieża. Czy dzisiaj bylibyśmy na tyle odpowiedzialni, by nadpłacić czynsz na następny rok? Jechać „tylko” do Rzymu? Teraz wszyscy żyją raczej zgodnie z zasadą: kto zabroni biednemu bawić się jak bogatemu? I znamy także więcej bogatych sposobów na zabawę…

Nie przepadam za reportażami o tzw. Polsce współczesnej – z reguły są interwencyjne, publicystyczne, pisane na kolanie, bo do gazety i autora goni deadline. Niedziela… jest jednak wyjątkiem od tej reguły (nie jedynym, bo są jeszcze: równie świetna książka Bolało jeszcze bardziej Lidii Ostałowskiej czy zbiór reportaży Włodzimierza Nowaka Serce narodu koło przystanku), a czas dopisuje do tego zbioru kolejne sensy. Z opowieści o tym, jak Polska przechodzi od komunizmu do kapitalizmu, ta książka zamienia się w historię o utracie niewinności, o pogoni za nowoczesnością i modernizacją. Polak wychodzi cwańszy, cyniczny, ma mniej pytań, a więcej odpowiedzi. I to gotowych.

 

Mariusz Szczygieł, Niedziela, która zdarzyła się w środę

Czarne 2017 (III wydanie)

 

 

Comments

Komentarzy