Beata Chomątowska, Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie
Czarne 2013
Biorąc pod uwagę, jak często bohaterowie Chomątowskiej łamią prawo, uznać należy, że jej nowa książka nie nadaje się ani dla młodzieży, ani dla tych spośród dorosłych czytelników, którzy literaturze przypisuję przede wszystkim funkcje dydaktyczne. Jest to jednak z pewnością autentyczna opowieść o życiu Polaków na emigracji.

W Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie udaje się autorce uchwycić ten moment historii, o którym najczęściej zapominamy – jest to opowieść o Europie lat 90., o Polsce, która nie weszła jeszcze do Unii. Holandia i Niemcy stają się miejscem starcia między emigrantami z Europy Wschodniej − gorszej części świata a Europejczykami zamożnymi i zadowolonymi z siebie.

Para młodych wyjeżdża z nudów, postanawia szukać pracy i przygody. Dzieli ich wszystko – ona jest studentką z dobrego, inteligenckiego domu. Jedzie na stypendium i liczy, że dorabiać będzie sobie w jakieś lekkiej pracy. On nie ma matury, za to olbrzymią znajomość różnych gatunków marihuany i głębokie pragnienie zdobycia dużej kasy w krótkim czasie. Wyrywa się ze świata bez perspektyw, od matki na rencie i często pijanego ojca. Po pełnej przygód podróży autostopem do Bredy docierają bez pieniędzy, nie mają gdzie się zatrzymać, w plecakach zostały tylko resztki sałatki ziemniaczanej. Znajdują jednak pracę, ona zapisuje się na kursy z marketingu na uniwersytecie w Bredzie. Mieszkają w domu pełnym ludzi młodych, pewnego rodzaju komunie, w której głos wspólnoty decyduje o wszystkim. Pracują w barze de Boulevaard, w którym włączają się w wielonarodowy strumień. Próbują poznać kulturę, w której przyszło im żyć, trochę kombinują, trochę palą, dużo pracują.

Nie jest to jedynie – jak mogło by się wydawać – powieść o zderzeniu kulturowym, ale także o poszukiwaniu innego pomysłu na siebie. Bohaterka Chomątowskiej wyrusza w podróż ku poznaniu, nie wie do końca kim jest. Studiuje marketing, choć bycie bizneswoman w ogóle jej nie interesuje i nie ma ochoty na układanie planów promocji holenderskich pralek. Sprząta i czyta, krąży po squatach, szuka miejsca dla siebie, ale nie potrafi go znaleźć w żadnej fizycznej przestrzeni i w żadnej ideologii. Przywódca squatu kompromituje się, gdy wyciąga pieniądze z bankomatu i usprawiedliwia życie na państwowym zasiłku. Wspólna droga z R. – przyjacielem, z którym przyjechała z Polski, stopniowo rozchodzi się z powodu różnicy w wykształceniu. R. po pracy zajmuje się głównie marihuaną, ona – próbuje się uczyć języka, chodzi rano na zajęcia. W ciągu dnia sprząta w domach. Wszystkie jej kolejne doświadczenia są rodzajem poszukiwania, zdobywania wiedzy, otwierania się na świat: od studiów, przez weekendowe palenie white widow, po seks w trójkącie. Poza poziomem reportażowo-narodowym Chomątowska wprowadza tu drugi wątek − kobiecą wersję Grand Tour.

Wydaje się, że sama autorka próbuje testować różne rodzaje reportażu – wcześniej, w Stacji Muranów sięgnęła po reportaż historyczny, pisała o powstawaniu jednej z warszawskich dzielnic na gruzach getta. Tutaj wybiera zupełnie inną formę, bo inny jest też temat. Odwołuje się do swoich własnych doświadczeń, w zakończeniu wyjaśnia jednak, że Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzienie jest reportażem czystym, że w dużym stopniu jest to powieściowa fabularyzacja. W której z tych form Chomątowska poczuje się lepiej? Niezależnie, co wymierzę – i tak warto śledzić jej kolejne książki.

Comments

Komentarzy