Wolfgang Buscher, Hartland
Czarne 2013




Czy przez Amerykę Północną można przejść pieszo? Jak ogarnąć taką przestrzeń? Pokonać tyle kilometrów, miast, autostrad? Zadania tego podjął się autor Hartlandu, dla którego jednak nie same odległości były najtrudniejsze, ale pętle autostrad, niekończące się przedmieścia ze stacjami benzynowymi i warsztatami samochodowymi, kamieniste pobocza. Pokonała go więc nie przyroda, a cywilizacja.

Buscher rozpoczyna swoją podróż od Dakoty, przekracza granicę kanadyjsko-amerykańską i podróżuje aż do Meksyku. Kończy swoją podróż tuż za granicą, w Matamaros, siedząc na murku i obawiając się ulicznej strzelaniny.  Jego podróż wynika z pragnienia poznania – nie wierzy bowiem w legendy amerykańskie, chce zobaczyć kraj, który wydaje mi się z jednej strony całkowicie już znany, z drugiej – całkowicie obcy:

Znałem nazwę każdej miejscowości, każdego stawu, każdego wzgórza, znane mi były najmniejsze osiedla, nawet te już nieistniejące, miasta-widma Dakoty. Teraz byłem tu naprawdę, patrzyłem na to wszystko i cała moja wiedza okazała się niewarta funta kłaków. Gdzie się podziały te wszystkie obrazy i informacje? Rozpadły się w pył jak wykopaliska ze starożytnych grobów.  

Hartlandto nie jest jednak optymistyczna, przyjemna książka o przygodach piechura przecinającego Stany Zjednoczone. Autor podąża przez Wielkie Równiny, a więc przez tereny stosunkowo biedne, konserwatywne, z daleka od wielkich miast. Szybko opuszcza Oklahoma City, mało czasu spędza w Dallas. Bardziej interesują go miejsca jak: Hartland, Bismarck, El Dorado, Wichita, Purcell, Waco, Kingsville – małe miasteczka, składające się z kilku domów, motelu i stacji benzynowej. To pewnego rodzaju „smutek Ameryki”, bo większość miejsc i osób, z którymi styka się autor, należy do drugiej, gorszej kategorii. Podwożą go różni wykolejeńcy, bezrobotni, drobny, amerykański ludek, który jednak potrafi wyciągnąć pomocną dłoń do obszarpanego, brudnego, budzącego podejrzenia człowieka.

W jego opowieści nie znajdziemy miejsc, w których rodzi się sukces, bogactwo. Raczej bieda, rozpad, nuda prowincji. Jest tu także Ameryka z innego mitu – bo Buscher szuka śladów pierwszych osadników, Indian, których przepędzono, by pionierzy mogli zdobyć ziemię, bizonów, których stada przetrzebiono. Podróżuje na południe, ale i w głąb historii amerykańskiej – przez wspomnienie wielkiego kryzysu, wojen z Indianami, masakr plemion w II połowie XIX wieku, wojny secesyjnej, cofa się aż ku poszukiwaniu złota w el Dorado w XVI wieku.  Nie jest więc to mityczna pusta kraina, gdzie można zacząć budować od zera. Zawsze zajmuje się tu czyjeś miejsce – swoje trzeba zdobyć przemocą.

Dobroć ludzka, ofiarność i bezinteresowna pomoc sąsiadują tu z szaleństwem, napadami agresji. Podążający pieszo, raz tylko słyszy (z okna przejeżdżającego samochodu, na przedmieściach Oklachoma City): Get yourself a fucking car. Po drodze traci jednak swój plecak i pomimo tego udaje mi się przetrwać, kontynuować podróż  − ktoś go podwozi, ktoś załatwia ubranie, motel, posiłek.

Buscher, członek narodu podatnego na mitologię i przez mity też pokonanego, potrafi docenić umiejętność budowania legendy. Podkreśla on, że ta znana nam dzisiaj Ameryka narodziła się dopiero po II wojnie światowej:

Dopiero zwycięstwo zdjęło z niej cień wielkiej depresji w miastach, wielkiej suszy na prerii, zwątpienia drobnych farmerów i wędrówek biednych „Okies” do Kalifornii. Dopiero po wojnie Ameryka nabrała aury wiecznej młodości, postawy i języka urodzonych zwycięzców.

Buscher zajmuje się też sprawdzaniem tego mitu, poszukuje dowodów na jego trwanie, ale też widzi legendarne opustoszałe, porzucone miasta – świadków błyskawicznych przemian gospodarczych. 

Warto przejść Amerykę razem z Buscherem, bo pokazuje on Stany Zjednoczone jakich nie znamy: trochę tajemnicze, oszukańcze, niebezpieczne, bezkreśnie puste i jednocześnie pełne sensu.

Comments

Komentarzy