Tadeusz Konwicki, Wiatr i pył
Czytelnik, 2008
Po kilkunastu latach milczenia, to jest od czasu opublikowania Pamfletu na siebie w 1995 r. Tadeusz Konwicki wydał w 2008 roku nową książkę. Nie jest to jednak nowa powieść, lecz zbiór tekstów, które powstawały przez wiele lat, a nigdy dotąd nie ukazały się w publikacji książkowej. Wydanie to stanowi owoc pracy dwóch naukowców, którzy swoje doktoraty poświęcili właśnie twórczości Konwickiego: Tadeusz Lubelski pisał o autorze Sennika współczesnego w latach 70., kiedy nazwisko pisarza było objęte zapisem, więc wszystkie znalezione wówczas przez badacza teksty musiały pozostać zamknięte w archiwach i bibliotekach. Na światło dzienne wydobył je dopiero Przemysław Kaniecki, który w czasie zbierania materiałów do swej rozprawy doktorskiej odkrył, jak wiele pism Konwickiego pozostawało rozproszonych, ogłoszonych jedynie w prasie.
Tadeusz Konwicki jest bohaterem współczesnego dyskursu kulturowego na dwóch poziomach: na jednym z nich stanowi przedmiot analizy jako autor licznych powieści i reżyser filmów, na drugim zaś – jako wielki milczący, pisarz, który zakończył swoją drogę twórczą i nie zmienił swej decyzji, mimo pełnego nadziei oczekiwania czytelników. Konwicki zabierał głos już tylko wtedy, gdy chodziło o kwestie dotyczące go osobiście – skrytykował na przykład opublikowane w „Polityce” zapisy podsłuchiwanych przez SB rozmów telefonicznych Stanisława Dygata, z którym sam często się kontaktował w ostatnich latach jego życia. Wydaje się więc, że Konwicki programowo zrezygnował z tworzenia literatury. Wyczerpało się jego poczucie misji, pozostało rozgoryczenie, które widać w Wietrze i pyle: Spoglądam na swoje życie z oddali. Zdarzały mi się momenty fatalne, ale były i niezłe. [] A jednak należy mi się nagroda. [] Za to, że żyję wśród Was tyle lat i nie palnąłem sobie w łeb. 
Stopniowe przemiany – od pisarza zaangażowanego w budowanie nowego ładu, poprzez opozycjonistę, po zdystansowanego krytyka nowoczesnej rzeczywistości – zarysowują się w książce opracowanej przez Kanieckiego i Lubelskiego. Widać tu również narodziny figur czy mitów, które stały się charakterystyczne dla całej twórczości Konwickiego i odróżniają go od innych autorów. Należy więc czytać Wiatr i pył jako zbiór nowych tekstów Konwickiego, ale i umieszczać je w kontekście całej jego drogi pisarskiej, pomieszczone tu utwory wzbogacają bowiem naszą wiedzę o ewolucji poglądów i postaw autora. Obok tych, ważnych dla historii literatury faktów, Wiatr i pył pokazuje Konwickiego jako człowieka prywatnego, pisze on tu bowiem wiele o swoich przyjaciołach – Stanisławie Dygacie, Aleksandrze Ściborze-Rylskim, Leopoldzie Tyrmandzie, Gustawie Holoubku, Aleksandrze Kobzdeju.
W satyrycznym tekście Przecław, Masław, Gustaw wspomina żonę, z którą pisał scenariusz filmu historyczno-współczesnego (fantastyczne wykorzystanie problemu niemożności ukazania części historii Polski z powodu konfliktu z Rosją: 
No a jakiego króla wziąłby pan najchętniej na warsztat? – zapytał kierownik Henio. – Myśleliśmy z żoną, że może Batorego? – powiedziałem niepewnie. – Stefana Batorego? – Tak. Kierownik spoważniał. [] Batory pod Pskowem? – spytał kierownik, patrząc mi usilnie w oczy. – Ach tak, nie pomyśleliśmy – zacząłem bąkać. – Przepraszam. Rzeczywiście. [] Chwała Bogu, że przynajmniej Kazimierz… – A Grody Czerwieńskie? – spytał posępnie kierownik. – Racja. Coś tam było nieprzyjemnego z Grodami.
Kapral Koziołek i ja to pierwszy tekst Konwickiego, a zarazem jedno z jego najwybitniejszych dzieł. Opowiadanie napisane z myślą o tomie partyzanckich utworów redagowanym przez Romana Bratnego, oparte zostało na przeżyciach osobistych autora, a przedstawione w nim morderstwo na młodym niemieckim żołnierzu stało się mitem założycielskim, z którego wyrosła cała późniejsza twórczość. 
Rosłem, dojrzewałem, starzałem się, zmieniałem poglądy i sympatie, głupiałem i mądrzałem – i ciągle nie mogłem zapomnieć tej nocy zimowej, a może przedwiosennej, kiedy strzeliliśmy do człowieka, którego nie znaliśmy, a strzelając, przecięliśmy na zawsze tok jego nieznanego życia, popchnęliśmy go w przepaść, o której sami nic nie wiedzieliśmy wtedy i nic nie wiemy teraz 
– napisał Konwicki w jednym z felietonów.
Głównym bohaterem jest tu Ćwiok, o którym koledzy mówią: jesteś dupa, bo się wszystkiego boisz. Właśnie w ramach ćwiczenia charakteru, Ćwiok zostaje zmuszony do wykonania egzekucji na wrogim żołnierzu, który wydaje się równie niewinny i gapowaty jak on sam. Dowódca narzuca jednak swą wolę, by nauczyć podkomendnych zdecydowania, by wyrugować z nich „inteligenckie sentymenty” i niemęską wrażliwość.
Już w opowiadaniach napisanych w 1947 i 1948 r. pojawiły się motywy typowe dla późniejszej twórczości Konwickiego: przekonanie o bezcelowości śmierci, tragizm i ironia historii, demitologizacja partyzantki. Obok tekstów wojennych ważnym świadectwem ewolucji są opowiadania poświęcone poczuciu kompromitacji świata, jakie pojawiło się w drugiej połowie lat 40.: 
Chciałem się unieść gniewem. Ale powiedziałem jakoś cicho i bezbarwnie, jakby bez przekonania: – Tak, panie Miszczak, ale ja rosłem i dojrzewałem podczas wojny, kiedy dla pana to były ferie od zwykłej codzienności – powtórzyłem Remarkowskie słowa. 
Utworom rozliczeniowym, opowiadającym o rozczarowaniu i przygniatającej machinie Historii, towarzyszą w pierwszej części tomu teksty zaangażowane w budowę nowej rzeczywistości. Szkice z wybrzeża opowiadają o odbudowie i odzyskiwaniu rodowicie polskiego Pomorza: O polskości katedry [w Oliwie] świadczą płyty pamiątkowe z polskimi nazwiskami opatów zakonu cystersów mieszczącego się przy katedrze. Konwicki podkreśla wysiłek związany z odnajdywaniem rozszabrowanych dóbr kultury, odgruzowywaniem miasta. Puenta tego szkicu uderza swoją jednoznacznością: 
W osamotnionych uliczkach też słychać śpiew piły: repatrianci ze wschodu nie zrażają się ogromem zniszczeń, remontują i odbudowują poszczególne mieszkania. Bo Gdańsk zostanie teraz na zawsze nasz. 
Nie wypominam tego okresu w twórczości Konwickiego ze złośliwą satysfakcją – przeciwnie – towarzyszy mi raczej podziw dla autora, który zaaprobował kształt tego tomu, zgodził się, by nie ukrywać niczego, ukazać pełnię, wszystkie wątki swej twórczości. Zwłaszcza że dopiero w kontekście tych tekstów z początku lat 50. widać, jak daleką drogę przebył Konwicki, by móc napisać Małą apokalipsę. Odwrót od socrealizmu i komunizmu w Wietrze i pyle przedstawia felieton opublikowany w „Nowej Kulturze” w styczniu 1956 r. – Nieprzyjemne wyznanie, gdzie autor postulował nowe postrzeganie kultury: 
Dlatego, jako gorliwy adept szkoły rozsądku, dopraszam się trochę żywiołowego luzu. Kierowanie literaturą przez partię rozumiem następująco: literaci ideowi, partyjni i bezpartyjni nadają ton działalności intelektualno-pisarskiej, przewodzą w walce o literaturę naszych czasów, naszej epoki, pracują bez wyręki administracji, milicji i straży pożarnej [podkreślenie moje – P.M.]. Zahartowana, uodporniona ręka jest swobodniejsza i sprawniejsza. 
Obok form artystycznych Wiatr i pył zawiera wiele tekstów prasowych: czytamy nie tylko felietony Konwickiego z „Nowej Kultury” czy „Sztandaru Młodych”, lecz także korespondencje pisane dla „Literatury” z olimpiady w Monachium w 1972 r. i podróży po Stanach Zjednoczonych. Konwicki ujawnia się tu jako złośliwy satyr, ironista, stroniący od popularności wieczny melancholik. Rzucony w wielki świat tęskni do swej nyży i kota Iwana, wybiera postawę na przekór rzeczywistości – podróżuje więc z przymusu, z oporami, ze strachem, obnosi się ze swoją niepewnością i niechęcią do obcych. W reportażu Ameryka, Ameryka wyznaje: 
Amerykę opisała już szczegółowo duża część ludności naszego kraju. Od Sienkiewicza do Wańkowicza i od Putramenta do Passenta. A przecież chciałbym się wyróżnić []. I w tym momencie przychodzi ryzykowna myśl. Wszyscy pisali źle, negatywnie o Ameryce. [] Może by więc na przekór? Nastąpię swojej pieśni na gardło, zacisnę zęby, zadam sobie gwałt i napiszę dobrze o Ameryce. 
Wiatr i pył zbierają też olbrzymi blok tekstów poświęconych drugiej dziedzinie życia Konwickiego – kinu. Znajdziemy tu recenzje z filmów powojennych, odpowiedzi na ankiety, w których Konwicki precyzował swoje poglądy, aż po jego wspomnieniowe zapisy związane z realizacją poszczególnych obrazów. Najlepszym tekstem wydaje się tu Jak kręciłem „Lawę”? – ujawnia się w nim bowiem typowa dla autora sylwiczność, skojarzeniowość, łączenie różnych dziedzin, rejestrów i problemów. Konwicki opowiada w tym szkicu o technicznych aspektach przygotowywania filmu, ale równie istotny dla niego jest sam tekst stanowiący podstawę, czyli Dziady cz. III. Nikt tak jak Konwicki nie potrafi pisać o Mickiewiczu: na kolanach i równocześnie spoufalając się, klęcząc przed nim i podgryzając w kostkę w tym samym czasie. Konwicki przedstawia siebie jako ostatniego krewnego Mickiewicza – jego dziedzica i ziomka, wędrującego po tych samych miejscach, zanurzonego w klimacie Oszmiany i Tuhanowicz. Pisze o sobie: 
Ja jestem ostatni, co pamięta początek XIX wieku. 
Równocześnie jednak rozbija patos i wzruszenie przez wprowadzenie problemu scen miłosnych między Mickiewiczem i Marylą:
Oczywiście spotkałem się z opiniami docentów, którzy grali jurnych, biologicznych mężczyzn nielękających się śmiałych interpretacji. Kończy jednak tę kwestię zdaniem: Niech ta miłość, jaka była, zostanie nietknięta gdzieś między gwiazdami. 
Wietrze i pyle jest obecny cały Konwicki – jego przemiany, poglądy, zajęcia i gusta. Także fobie, obsesje i urazy, które stały się podstawą mitu. Sam o sobie pisze w ostatnim, najpóźniejszym tekście: 
Czasem słyszę ukradkiem, jak ktoś mówi o mnie: chytry Litwin, ktoś inny powiada: on jest trochę kopnięty w móżdżek, a jeszcze z boku dorzucają: to przecież emigrant. A mnie się stale wydawało, że jestem stateczny, logiczny, opanowany, przewidywalny i w ogóle facet do rzeczy, po prostu Europejczyk.

Comments

Komentarzy